Drodzy Przyjaciele!

Minął już ponad miesiąc odkąd jestem w Hondurasie. Miesiąc nowych doświadczeń i codziennych cudów. Mogłam przyjechać do Tegucigalpy dzięki Waszej dobroczynności i wsparciu. Każdego dnia jestem ogromnie wdzięczna za ten dar i pamiętam o Was w modlitwie, zachowując Was w moim sercu. Chciałabym Wam trochę opisać moją nową misyjną codzienność. Może oczekujecie niesamowitych opowieści z dalekiego, latynoskiego świata, opowieści zapracowanej wolontariuszki, która robi wielkie rzeczy dla ubogich i potrzebujących, wolontariuszki, która zmienia świat. Ale nie, to nie będą takie opowieści – moja Misja jest prosta i o tej prostocie chciałabym Wam opowiedzieć. Wszystko rozpoczęło się 17 marca kiedy po 24 godzinnym locie, szczęśliwie wylądowałam na lotnisku w Tegucigalpie. Z wielką radością zostałam przywitana przez moją wspólnotę – cztery dziewczyny: Annę z Francji, Klaudię z Polski, Estefanię z Ekwadoru oraz Solen z Francji. To właśnie one wprowadzają mnie codziennie w tutejszą rzeczywistość i pomagają mi się zadomowić. Cierpliwie tłumaczą i wyjaśniają mi wszystko, obdarzając mnie przy tym, dużą dawką życzliwości, uśmiechu i poczuciem humoru. Pierwsze dni misyjne upłynęły mi na odnajdywaniu się w tutejszej rzeczywistości. Wszystko było nowe i nieznane, łącznie z językiem, którego uczyłam się przecież, kiedy byłam jeszcze w Polsce. Okazało się jednak, że ludzie mówią tu tak szybko i mają swój charakterystyczny akcent, że stanowi to dla mnie wciąż niemałe wyzwanie. Na szczęście wszyscy są tu bardzo mili i otwarci i z wielką życzliwością i nieznikającym uśmiechem, reagują na moje wpadki językowe lub zupełny brak słów i niezrozumienie. Kultura i zwyczaje tutejszych ludzi dają mi dużo radości, za każdym razem zadziwiam się naturalnością i swobodą bycia moich nowych latynoskich przyjaciół.  O naszych Przyjaciołach mogłabym pisać dużo, każdego dnia kogoś poznaję, nie znalazłam jeszcze dobrego sposobu na zapamiętanie wszystkich imion i korelacji rodzinnych. Ale idzie mi już coraz lepiej. Zaprzyjaźniam się z wszystkimi, którzy są blisko naszego Domu Serca. Są to ludzie z naszej dzielnicy, sąsiedzi, młodzi z naszej parafii, rodziny które od lat przyjaźnią się z Domami Serca, dzieci z sąsiednich ulic, wszyscy Ci, którzy przychodzą do naszego domu, choćby tylko po to, by zamienić parę słów i napić się wody. Początek mojego wolontariatu to również poznawanie i nauka rytmu naszej codzienności. Dzień rozpoczynamy zwykle o godzinie 7.00 wspólną modlitwą poranną – jutrznią, w naszej domowej kaplicy. Później jest czas śniadania, domowych obowiązków, zakupów czy nauki języka, jakże potrzebny dla niektórych. W tym czasie przeznaczamy również jedną godzinę na Adorację Najświętszego Sakramentu. Każdego dnia jedna osoba ze wspólnoty jest odpowiedzialna za przygotowanie posiłków dla wszystkich – przede mną zatem nowe wyzwania, również te kulinarne. Po obiedzie jest czas naszego Apostolatu, kiedy to wychodzimy do ludzi z dzielnicy i odwiedzamy ich w domach lub rozmawiamy z nimi na ulicy. Czasem ktoś potrzebuje drobnej pomocy w domowych obowiązkach, a czasem są to tylko proste, życzliwe rozmowy. Ludzie są ciekawi skąd przyjechałam, pytają o moją rodzinę i czy podoba mi się ich kraj oraz próbują wypowiedzieć i zapamiętać moje imię. Sami też opowiadają o swoich bliskich i swoim życiu. W dalszym ciągu zadziwia mnie i wzrusza otwartość ludzi, witają nas i przyjmują zawsze z wielką życzliwością i uśmiechem. Obdarzają uściskami i dobrym słowem. Przy okazji tych wizyt poznaje miejsce w którym mieszkam – Pedregal – jedną z biedniejszych dzielnic Tegucigalpy. Ludzie żyją tu bardzo skromnie, mieszkają w małych domach, często całymi wieloosobowymi rodzinami. Brakuje podstawowych sprzętów domowych, a te które są, mają już swoje zasłużone lata. Często brakuje wody, a pomieszczenia bywają bardzo brudne i zaniedbane. Mimo to, ludzie zapraszają do swoich wnętrz, nie przejmując się nieposprzątanym domem, pustą lodówką czy brakiem krzeseł by usiąść. Zawsze można się spotkać i porozmawiać.  Nasz Apostolat to również czwartkowe odwiedziny w Domu Pomocy Społecznej oraz w więzieniu dla kobiet. Są to dla mnie szczególne wizyty, podczas których doświadczam prostoty, a zarazem wielkiej wartości ludzkiego spotkania. Nie znam historii tych ludzi, nie wiem dlaczego dana kobieta jest w więzieniu, a dany staruszek spędza swoją starość bez rodziny. Nikt o to nie pyta. Prowadzimy proste rozmowy, trzymamy się za ręce, częściej tylko słucham i próbuję zrozumieć, a oni mówią i opowiadają. Podczas tych pogawędek widzę radość w oczach tych ludzi, co jest dla mnie małym potwierdzeniem, że pomimo bariery językowej, moja obecność jest tutaj choć troszeczkę potrzebna. Czasem możemy sprawić im drobną przyjemność, obdarowując ich własnoręcznie upieczonymi ciasteczkami czy książkami z naszej domowej biblioteczki. Piątek i sobota to dni, kiedy do naszego domu przychodzą dzieci z sąsiedztwa. Wspólnie gramy i bawimy się w przeróżne gry. Czasem to ja uczę jakiejś nowej zabawy z Polski, a czasem to dzieci zapraszają mnie do poznania ich ulubionych gier. Zawsze jest też czas na rozegranie meczu piłki nożnej. Sport ten jest tutaj bardzo ważny, i wszyscy od małego trenują zawzięcie triki piłkarskie. To właśnie spotkanie z dziećmi rozpoczęło moją misję. Piątek był dniem mojego przyjazdu. Dzieci od razu po przybyciu otoczyły mnie, chcąc się pobawić z nową wolontariuszką. Witały się i zapraszały do swoich gier. Skojarzyły moje imię ze słowem „el gato” co po hiszpańsku oznacza kot. I odtąd już dla wszystkich stałam się „Gatita” (co można przetłumaczyć jako kotka). Czasem gdy idę ulicą, słyszę z oddali krzyk dzieciaków: Gaaataa! Spotkanie z dziećmi jest dla mnie przypomnieniem słów Jezusa, który mówi, że „jeśli nie odmienicie się i nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Bożego„ (Mt 18, 3). Uczę się zatem od moich małych Przyjaciół spontaniczności, radości życia, braku uprzedzeń, szczerości i naturalności w sposobie bycia. Po Apostolacie wracamy do domu na modlitwę Nieszporami i wspólną kolację, oraz udajemy się do naszej parafii na Mszę Święta. Wieczory spędzamy na rozmowach, wspólnotowych grach lub Z naszymi dziećmi podczas jednej z zabaw oglądaniu filmów, bardzo często odwiedzają nas nasi młodzi przyjaciele z dzielnicy, którzy dzielą się z nami swoimi codziennymi radościami i smutkami. Oczywiście nie każdy dzień jest identyczny i tak klarowanie poukładany. Jest wiele niespodzianek, które zmieniają nasze plany i działania. Ale jesteśmy otwarte na to co przynosi każdy dzień i każdy człowiek, który pojawia się w naszym domu. To co Wam opowiadam nie wydaje się niczym nadzwyczajnym, jest proste. Bo taka jest właśnie moja misja. I takiej prostoty życia się tu uczę. Gdy tu przyjechałam miałam głowę pełną ideałów, chciałam zmieniać świat, pomagać, pracować dla innych. Wyobrażałam sobie ciężką pracę, po której będę się mogła poczuć spełniona. Każdy dzień pokazuje mi jednak, że nie o takie spełnienie tu chodzi. Kiedy rozmawiam z niektórymi z Was lub czytam wiadomości od Was, często pytacie, co ja tu robię? Mam problem z odpowiedzią – myślę sobie – przecież nic takiego konkretnego tu nie czynię Nie mogę odpowiedzieć, że pracowałam dziś 8 godzin na rzecz ubóstwa, że nauczyłam czegoś nowego tutejsze dzieci, że komuś pomogłam znaleźć pracę, ofiarowałam konkretną sumę pieniędzy lub nakarmiłam tyle i tyle głodnych ludzi. Mój pierwszy miesiąc misji uczy mnie zupełnie innego spojrzenia na pomaganie. Pomaganie którego nie da się zmierzyć ilością godzin spędzonych z dziećmi, ilością zrealizowanych wizyt czy ofiarowanych pieniędzy. Odkrywam pomaganie które nie jest działaniem czy robieniem, lecz pomaganie wyrażane w obecności. Takie pomaganie, które nie karmi mojej dumy i nie buduje pomnika mojej chwały. Co raz bardziej rozumiem słowa założyciela Domów Serca, który mówił, że „kiedy zaczynamy liczyć, znika dobroczynność”. Mogę też śmiało powiedzieć, że moja misja to szkoła miłości, miłości prostej i bezinteresownej, miłości, która na co dzień wyrażana jest w prostych gestach. Kiedy spotykamy dzieci na ulicy i pozwalamy się wyściskać, skakać na siebie i poświęcamy im trochę czasu na wspólne, spontaniczne zabawy. Kiedy Dona Juana, sąsiadka z naprzeciwka przychodzi do nas obiad i kiedy Cinthia, przyjaciółka z dzielnicy z dumą uczy nas przygotowywać tutejsze specjały „Baleadas”. Kiedy uczestniczymy w pogrzebie zamordowanego syna naszej Przyjaciółki i animujemy modlitwę, bo nie jest obecny żaden kapłan i gdy później cała rodzina może przyjść na modlitwę do naszej domowej kaplicy, bo kościół jest wyjątkowo zamknięty i nie ma w tym dniu Mszy Świętej. Kiedy Karen potrzebuje pójść na zakupy i nie ma się kto zaopiekować jej małymi dziećmi i zostawia je u nas. Kiedy tańczymy i śpiewamy ze schorowanym Don Juliem, który na co dzień ledwo chodzi i spędza czas w swoim pokoju. Kiedy możemy przygotować ciasto dla Doni Ildy, bo właśnie ma urodziny i idziemy do niej w odwiedziny. Kiedy ktoś stuka do bramy właśnie wtedy, kiedy jest czas mojej poobiedniej siesty. Kiedy przychodzi pijany Mauro i prosi o jedzenie lub przychodzi Lorena zrobić pranie, bo w jej domu nie ma wody. Wizyta z urodzinowym ciastem u naszej przyjaciółki Funny.  Tych momentów jest wiele i to one uczą mnie prawdziwego zatrzymania się przy człowieku. Pokazują, że istnienie Domu Serca jest potrzebne i uświadamiają, że aktualnie i ja ten Dom tworzę. Wierzę, że w tym wszystkim jest Pan Bóg i to On mnie zaprasza bym każdego dnia kochała coraz bardziej. Przyjechałam tu coś zmieniać, ale to misja przemienia mnie. Jeszcze raz Wam dziękuję za wszelkie wsparcie, jest to niesamowicie miłe i naprawdę odczuwalne. Wiem, że daleko w Polsce są ludzie, którzy mi kibicują i kiedy mam gorszy dzień, nic mi się nie chce i zastanawiam się czy to wszystko ma sens, przypominam sobie o moich Darczyńcach i od razu siły i chęci wracają. Pamiętam o Was w moich modlitwach i z prawdziwie honduraską otwartością serdecznie pozdrawiam.

Agata

P.s. Jestem tu bardzo bezpieczna!