Drodzy Przyjaciele,
Na początku tego listu pragnę Was zapewnić o mojej żywej pamięci. Jakkolwiek żyję już czwarty miesiąc na innej półkuli, tęsknota za Wami i Ojczyzną codziennie przynagla mnie do modlitwy. Bo czy można zapomnieć o polskich górach, piosenkach lub o smaku pierogów? Żywiej jeszcze niż to, wspominam Wasze twarze, z nadzieją, że są uśmiechnięte i szczęśliwe. Dziękuję Wam za wsparcie, które towarzyszy mi każdego dnia.
Ostatni czas obfituje w pożegnania. Pożegnaliśmy jedną wolontariuszkę z naszej wspólnoty – Carlę z Salwadoru, a potem Ewę z sąsiedniej wspólnoty, która wróciła do Polski. Za kilka dni wyjeżdża kolejny brat z mojej wspólnoty – Francisco, udając się do Francji. To trudny czas, w którym pytamy siebie, czy udało nam się zaprzyjaźnić. W tym liście chcę Wam trochę opowiedzieć o moich próbach zaprzyjaźniania się, o kilku trudnych wyprawach miłości.


Francisco, Carla i Ewa – wolontariusze wracający do domu.
Wczoraj wybrałam się do domu dziecka, chcąc podzielić się odrobiną miłości z jej mieszkańcami. Zadanie nie wydawało się trudne. Dzieci te zawsze żywo reagują na odwiedzających, śmiało witają się, zadają pytania, dotykają twoich włosów i ubrań. Gdy jednak tym razem mogłam spędzić z nimi trochę więcej czasu, okazało się, że dzielenie się z nimi miłością wcale nie jest takie proste. Jedna siedmiolatka uczyła mnie hiszpańskiej piosenki. Śpiewała mi ją na ucho, a ja powtarzałam po niej. Nie szło mi najlepiej więc ona śmiała się do rozpuku. Za którymś wyszeptała do mojego ucha mówiąc „Teraz siedź spokojnie, jutro cię zabiję”. Po czym, jak gdyby nigdy nic, wróciła do śpiewania… Potem bawiłam się z sześcioletnim chłopcem, który co kwadrans wyciągał swój pasek od spodni i lekko uderzał nim inne dzieci. Niby nic, tak dla zabawy, ale z wyrazu jego twarzy można było wyczytać, że jest to jego ulubiona rozrywka. Inna dziewczynka, mająca 9 lat, zapytana przez nas, czy jest zadowolona z tego domu, w którym teraz mieszka, odpowiedziała, że wolałaby wrócić do rodziców. Wiele z tych dzieci woli wrócić do domu, gdzie często nie mają co jeść, gdzie są bite, poniewierane i zastraszane, ponieważ rodzice, choć je krzywdzą, są z nimi zawsze. Nie tak jak opiekunki z Domu Dziecka, które zmieniają się co noc.


Moja wspólnota podczas zabaw z dziećmi na ulicy.
Wracałam do naszego domu, pytając siebie, jak zaprzyjaźnić się z tymi, którzy nigdy nie doświadczyli przyjaźni? Jak dać miłość tym, którzy jej nie znają? Nie umiem znaleźć innej odpowiedzi, jak tylko być z nimi mimo wszystko.
Kolejną wyprawą w temacie przyjaźni było spotkanie z młodymi naszej dzielnicy, które odbyło się u nas w domu. Przewodnikiem tego spotkania był Mały Książę. Moją uwagę zwróciły jego słowa skierowane do róż: „Nie jesteście podobne do mojej róży, nie macie żadnej wartości. Nikt was nie oswoił i wy nie oswoiłyście nikogo. Jesteście takie, jakim dawniej był lis. Był zwykłym lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz zrobiłem go swoim przyjacielem i teraz jest dla mnie jedyny na świecie”. Róże bardzo zawstydziły się, słysząc słowa Małego Księcia. Ten fragment książki uświadomił mi, że przyjaźń to nie jest jakiś bonus życia, dar dla tych, którzy jej pragną czy potrzebują, ale fundamentalne zadanie każdego człowieka, sprawdzian jego człowieczeństwa. Nie tylko dobrze jest mieć przyjaciela, ale wstyd, naprawdę wstyd go nie mieć! Wstyd nie przyjąć tej wartości, jaką jest drugi człowiek, wstyd nie odkryć własnej wartości w przyjaźni. To jest to ziarno, które włożone w ziemię rozrasta się i daje schronienie innym. Co więcej, myślę, że nie mamy prawa nazywać się przyjaciółmi Chrystusa, nie mając choć jednego prawdziwego przyjaciela na ziemi. On pierwszy nas umiłował i nazwał przyjaciółmi, bo faktycznie każdy z nas jest dla Niego jedyny na świecie. Pewnie dlatego przyjaźń jest tak trudna, bo wymaga autentycznej miłości. Dziś myślę, że można sprawdzić każdą relację miłości, czy to rodzicielskiej, czy braterskiej czy małżeńskiej, pytając o przyjaźń. Jeśli jej brak, to brak i miłości. Przekonuję się tu, jak bardzo mi jej brakuje, dlatego wciąż „wyprawiam się” po przyjaźń na nowo…
W tym miesiącu podczas jednej z takich wypraw byłam w domu naszej Przyjaciółki Trinidad. Staruszka mieszka sama w ciemnym domu, wypełnionym obrazkami świętych. Spotykamy ją codziennie w kościele. Poprosiła nas o wizytę, bo jak się okazało znalazła odrobinę wolnego miejsca na ścianie swojego pokoju i chciała umieścić tam kolejną ramę z obrazkami świętych. Zbijaliśmy ramę, a ona opowiadała nam o swojej sąsiadce, opętanej – według niej – przez diabła, która zakrada się do jej domu, by kraść. Wszystko to wydało się nam nadzwyczaj nieprawdopodobne, gdyż Seniora Trinidad ma u swych drzwi tak wiele kłódek i zabezpieczeń, że sama otwiera je przez ponad kwadrans, a w domu nie znajduje się nic atrakcyjnego dla złodziei. Jest jednak silnie przekonana, że to prawda i że jej misją jest modlitwa za jej sąsiadkę i innych grzeszników z dzielnicy. Wychodzę od niej z kolejnym pytaniem: jak przyjaźnić się z tymi, których nie potrafię zrozumieć, z którymi nie potrafię rozmawiać? I znów nie znajduję innej odpowiedzi, jak być z nimi mimo wszytko.


Świętujemy 23 urodziny Puntos Corazon (Domów Serca) w Barrios Altos. Favi w pierwszym rzędzie, obejmowana przez Andrzeja, a za nimi Seniora Trinidad.
Kolejną wyprawą miłości miała być wizyta w domu Favi. Wybraliśmy się do niej z dwoma kilogramami ryżu, bo często brakuje jej jedzenia. Niestety nie zastaliśmy jej w domu. Jedna z jej sąsiadek poinformowała nas, że Favi tydzień wcześniej, nie mówiąc nic nikomu, wyjechała do Argentyny. Ze spuszczonymi głowami wracaliśmy do domu. To nie pierwszy raz… W Argentynie mieszka jej ukochany. Poznała go przez Internet. Niestety jego ojciec nie pozwala Favi nocować w ich domu. Favi śpi więc na progu, gdyż nie ma pieniędzy na własne lokum. Jej wybranek nie pracuje, ona też nie potrafiła utrzymać żadnej pracy, które pomagaliśmy jej znaleźć. Wraca ciągle do tego mężczyzny, który pozwala jej głodować i spać na ulicy, a będąc w Peru całymi dniami szwęda się po ulicy, szukając darmowego dostępu do Internetu, by móc z nim porozmawiać, usłyszeć, że ktoś jej pragnie, że ktoś na nią czeka.
Ona wyjechała, we mnie pozostało jednak pytanie: jak się przyjaźnić, gdy czujesz tylko bezradność? Jak kochać, gdy nie możesz być przy przyjacielu? Odpowiedź przychodzi, gdy otwieram drzwi kaplicy: być z nim w modlitwie. To codzienna wyprawa miłości, która uczy mnie budować przyjaźń. Nie bezpośrednio przez obecność z ludźmi, ale przez obecność z Bogiem na modlitwie. On zna mnie i moich przyjaciół, dlatego nasza przyjaźń może w Nim wzrastać. Tą samą drogą troszczę się też o nasze przyjaźnie, moi Drodzy Przyjaciele z Polski. Wiem, że i Wy troszczycie się o mnie w modlitwie.
Codziennie wyprawiam się, by zanieść komuś miłość i wracam przekonana, że poszłam z niczym, bo to ja potrzebuję jej najbardziej. Wierzę, że budujecie ją we mnie swoimi modlitwami i że to dzięki nim mogę wyprawiać się ciągle na nowo z nowym entuzjazmem przyjaźni.
Z wyrazami wdzięczności
Magdalena