Drodzy Przyjaciele,

Minęło już trochę czasu od ostatniego listu, który do Was napisałam. Doświadczyłam w tym czasie wielu pięknych chwil i spotkań z drugim człowiekiem. Każdy dzień misji uczy mnie czegoś nowego i pozwala odkrywać dar jakim jest nasze ludzkie życie. Dziękuje Wam za wsparcie, modlitwę, każdą dobrą wiadomość, dzięki temu czuję Wasze zaangażowanie w moją obecność tutaj. Pamiętam o Was w intencjach modlitewnych, które codziennie z moją wspólnotą przedstawiamy Bogu w naszej domowej kaplicy.

Pisząc ten kolejny list chciałabym Wam przedstawić całą moją dzielnicę i wszystkich moich Przyjaciół, z którymi żyję na co dzień. Bo moja misja to spotkanie z konkretnym człowiekiem, z jego historią, z tym wszystkim czym żyje i co jest dla niego ważne. Moja misja to zatrzymanie się przy człowieku, to próba obdarzenia go miłością bezinteresowną i stania się przyjacielem. Nie jest oczywiście możliwe opisać wszystko, więc dziś opowiem Wam tylko jedną historię – historię pewnego Zmartwychwstania, która poruszyła w ostatnim czasie całą moją wspólnotę.

Henry, czterdziestotrzylatek, przyjaciel z naszej ulicy, którego już na początku mojej misji, poznałam jako miejscowego „bolo” (co przetłumaczyć można jako osoba nadużywająca alkoholu, lub po prostu pijak/pijaczek). Henry zna Domy Serca już od dłuższego czasu, więc wolontariusze nie są mu obcy, ale mimo to, w pierwszych miesiącach mojej misji, jedyna relacja jaką mieliśmy z nim, ograniczała się do rozmów na ulicy, gdy po pijanemu zaczepiał nas i zadawał pytania nie mające większego sensu. Gdy nie mieliśmy czasu, lub po prostu traciliśmy cierpliwość przez jego zaczepki, denerwował się i oskarżał nas o brak szacunku dla niego, podkreślając przy tym swój respekt dla Domów Serca i całego tego dzieła. Czasem prosił nas o coś do jedzenia lub o szklankę wody. Przy każdej okazji zachęcaliśmy go by odwiedził nas kiedyś w naszym domu, zapraszaliśmy go na obiad lub po prostu na kawę, chcieliśmy go poznać lepiej i porozmawiać z Nim, kiedy nie jest pijany. Ale On nigdy nie przychodził. Kiedy spotykaliśmy go trzeźwego na ulicy, unikał nas i nie chciał z nami rozmawiać. Zaakceptowałam ten stan rzeczy i przyzwyczaiłam się, że Henry to przyjaciel od ulicznych, pijackich pozdrowień i dyskusji. Do czasu. W pewien pracowity i wyczerpujący wtorek, gdy szliśmy na wieczorną Mszę Świętą, nie oczekując już żadnych więcej atrakcji, Henry zaczepił naszego brata wspólnotowego Aurelio i powiedział, że chciałby iść z nami na Eucharystię. Nie wyglądał na pijanego i pomimo naszego zdziwienia wszedł do Kościoła i uczestniczył z nami w całej Mszy Świętej. Następnie zaprosiliśmy go na kolację i z tego zaproszenia skorzystał. Spędziliśmy z Nim długi wieczór. Opowiedział nam swoją historię, przyznał się do swojej słabości i wstydu, który w sobie nosi. Powiedział, że nie był w naszym domu od wielu, wielu lat. Z jego opowieści dowiedzieliśmy się, że parę, albo nawet paręnaście miesięcy temu stracił żonę i dwójkę dzieci, zostali zamordowani. Pamiętam, że kiedyś coś wspominał o swojej pięknej córeczce, którą stracił, ale nigdy nie rozumiałam dokładnie co mówił, bo przecież był pijany… To właśnie ta tragedia spowodowała, że wrócił do alkoholu, że to w nim szukał ukojenia. Opowiadał nam o swoim wcześniejszym życiu, o marzeniach, o chęci studiowania i posiadania dobrej pracy, o braku możliwości na spełnienie tych marzeń. Dużo mówił o swojej mamie, która mu pomaga, ale on nie chce jej wykorzystywać, dlatego teraz mieszka na ulicy. Przyznał się do swojej słabości, do swoich błędów życiowych, do sposobu życia, z którego nie jest dumny. Wielokrotnie powtarzał, że potrzebuje pomocy, że chce skończyć z takim życiem, i że jest gotowy pójść na terapię i prosi nas o pomoc. Rozmawialiśmy też o Bogu i sile wiary, która może go uratować. Henry nie jest katolikiem, najprawdopodobniej nigdy nie był ochrzczony, ale wierzy w Boga, który może mu wszystko przebaczyć. Po kolacji i rozmowach udaliśmy się do naszej kaplicy, gdzie przed Najświętszym Sakramentem modliliśmy się wraz z płaczącym Henrym. W międzyczasie skontaktowaliśmy się z jego mamą Doñą Marią Eleną, która jak się okazało jest naszą sąsiadką, i poprosiliśmy by przyjęła go na noc do domu, by nie musiał wracać na ulicę, zgodziła się, a nawet więcej, ucieszyła się z tej możliwości. Odprowadziliśmy Henrego do domu jego mamy i obiecaliśmy, że postaramy się pomóc. Wracając, modliliśmy się gorąco, by jutro rano nie spotkać Henrego z powrotem na ulicy wśród przyjaciół od alkoholu.

Kolejne dni, to czas poszukiwań możliwości pomocy dla naszego Przyjaciela. Szukaliśmy odpowiedniego ośrodka terapeutycznego, w którym można by go umieścić. W tym czasie Henry spędził z nami dużo czasu, przychodził na obiady, modliliśmy się wspólnie w naszej kaplicy, uczestniczył z nami w Eucharystii. Ofiarowaliśmy mu Biblię oraz Różaniec Święty. Spotykaliśmy go też wprawdzie na ulicy w towarzystwie innych miejscowych „bolos”, ale zawsze wtedy krzyczał do nas, że ma się w porządku i czeka na pomoc. Po trzech dniach udało nam się umieścić go w Szpitalu Psychiatrycznym na oddziale terapeutycznym. Pojechał tam z nami bez żadnych obiekcji, by odbyć ośmiodniowy detoks. Przez te dni modliliśmy się dużo w jego intencji, by to odrodzenie nie było tylko chwilowe, bowiem każdy z nas, zna realia choroby alkoholowej. Szukaliśmy też możliwości terapii długoterminowej dla Henrego. Dzięki Opatrzności mieliśmy możliwość rozmowy z Dyrektorem szpitala, dzięki któremu, aktualnie, Henry ma przedłużony okres pobytu na oddziale terapeutycznym. Nie wiemy jeszcze dokładnie na jaki okres czasu, ale cieszymy się że Henry nie musi jeszcze wracać do miejsca gdzie czeka go stara rzeczywistość. Póki co, nasz Przyjaciel ma się dobrze, wprawdzie jest osłabiony w wyniku terapii i ciężkich leków, które przyjmuje, ale jest zadowolony i wdzięczny za możliwość wyleczenia i wyjścia z nałogu. Część naszej wspólnoty odwiedziła go w szpitalu w dniu jego urodzin, które obchodził niedawno. Przyjechała też jego mama, zatroskana i zaangażowana w miarę swoich możliwości w całą tę sytuację.

Historia Henrego jest dla mnie historią zmartwychwstania, historią nowej nadziei i odrodzenia, historią, której przebiegu nawet sobie nie wyobrażałam. Oczywiście nie znam zakończenia tej opowieści, nie wiem co się wydarzy jak Henry wyjdzie ze szpitala, ale wiem i wierze, że Henry ma szansę na nowe życie, i że coś się już zmieniło. Wiem, że takich historii jest mnóstwo, wiem że i w Polsce mamy wielu alkoholików, którym możemy pomoc, ale opisuję Wam historię mojego Przyjaciele, bo jest ona dla mnie potwierdzeniem, że moja misja, to spotkanie z konkretnym człowiekiem. Henry uczy mnie pomagania, które jest spotkaniem. Spotkaniem pełnym zaangażowania, miłości i przyjaźni. Uczy mnie poświecenia swojego czasu i sił, uczy mnie decyzji o przyjęciu drugiego człowieka i chęci towarzyszenia mu. Henry nie jest jakimś „anonimowym alkoholikiem”, któremu pomagamy, jest Przyjacielem, z całą swoją historią, cierpieniem, błędami, ale i żywą nadzieją i wolą powstania z upadku. Cieszę się, że mógł On odnaleźć w naszym domu odrobinę zainteresowania, uwagi, troski, jedzenia czy schronienia. Cieszę się, że mógł tu spotkać Boga Żywego. I kiedy mnie czasem pytacie czym właściwie są Domy Serca, śmiało mogę odpowiedzieć, że to miejsce, w którym staramy się ofiarowywać to wszystko co odnalazł Henry.

Na zakończenie chciałam Was prosić o modlitwę za Henrego, o łaskę nowego życia dla niego. I jeszcze raz Wam podziękować za Wasze zaangażowanie, które niejednokrotnie odczuwam, i które pomaga mi w codziennej rzeczywistości. Mimo, że nie obchodzimy teraz Świąt Wielkiej Nocy, chciałam Wam życzyć codziennego doświadczenia Zmartwychwstania, codziennej wiary i nadziei na odrodzenie. Przesyłam Wam honduraskie słońce i promienne uśmiechy tutejszych mieszkańców.
Serdecznie pozdrawiam,
Agata

Henry wraz z mama i Solene z naszej wspólnoty podczas urodzinowej wizyty

Aurelio, Klaudia, Henry i Estefania w naszym domu