„Niewiastę dzielną któż znajdzie? Jej wartość przewyższa perły.
O len się stara i wełnę, pracuje starannie rękami.
Wstaje, gdy jeszcze jest noc i żywność rozdziela domowi.
Przepasuje mocą swe biodra, umacnia swoje ramiona.
Strojem jej siła i godność, do dnia przyszłego się śmieje.
Bada bieg spraw domowych, nie jada chleba lenistwa.”
Księga Przysłów 31, 10.13.15a.17.25.27

Przyjaciele,
Cieszę się, że już kolejny raz mogę do Was pisać. Dziękuję, że czytacie moje listy i jesteście ciekawi co słychać w dalekim Hondurasie. Za każdym razem gdy zachwycam się misyjnym doświadczeniem, na myśl przychodzą mi moi darczyńcy, dzięki którym tu jestem. Z wdzięcznością pamiętam o Was w modlitwie. Cieszę się też z każdej wiadomości od Was. Wyprawa na pocztę zawsze łączy się z dużymi emocjami, jeśli już coś znajdziemy w naszej skrytce pocztowej. Rozpoczęłam ten list od fragmentu Poematu o Dzielnej Niewieście z Księgi Przysłów, bo bardzo często przychodzi mi on na myśl gdy spotykam tutejsze kobiety. Niewątpliwie mogę o nich powiedzieć – Dzielne Niewiasty. Odwiedzając naszych przyjaciół z dzielnicy, nie rzadko spotykamy kobiety, które zajmują się domem, opiekują się gromadką dzieci i pracują od świtu do nocy na utrzymanie całej rodziny. Obraz mojej dzielnicy, to kobiety pracujące, mielące kukurydzę, robiące tortille, sprzedające posiłki, prowadzące swoje małe sklepiki, a gdy tylko pojawi się woda, piorące i sprzątające swoje domy. Tak żyją każdego dnia, wychowując swoje liczne potomstwo. Smutna prawda jest taka, że często są same, nie ma przy nich wspierającego męża i ojca rodziny, bo albo odszedł z inną, albo nielegalnie wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, albo nigdy po prostu go nie było, może uwikłany jest w system tutejszych gangów lub jest w więzieniu, lub po prostu przesiaduje na ulicy. Z całym życiowym trudem, który noszą na swoich barkach, są one dla mnie nauczycielkami życia, pokazują mi co znaczy kochać, mieć nadzieję, być dzielną i wytrwałą każdego dnia.

Rosi

Rosi to moja rówieśniczka, poznaliśmy ją dzięki jej synowi, który zaczepił nas pewnego dnia na ulicy. Gabriel Melvin to jedenastoletni chłopiec, który choruje na wodogłowie. To najbardziej żywe i radosne dziecko jakie znam. Ma on młodszą siostrę Jennifer, która jest dla mnie najpiękniejszą księżniczka całej dzielnicy. Rosi znana jest w naszej dzielnicy jako negrita sprzedająca baleady – typowe z najbardziej typowych honduraskich dań. Pochodzi ona z północy Hondurasu z La Mosquitia, gdzie żyje ludność pochodzenia afrykańskiego, stąd też jej czarny kolor skóry. Przyjechała do Tegucigalpy jedenaście lat temu, zachęcona przez swojego ówczesnego chłopaka, chcieli studiować i znaleźć lepsze możliwości dla siebie. Gdy urodził się Gabriel, Rosi musiała porzucić studia by zająć się chorym synem. Później urodziła się Jennifer. Początkowo ojciec dzieci mieszkał ze swoją rodziną, ale jak opowiada Rosi, za bardzo się rozhulał, więc wyrzuciła go z domu. Aktualnie Rosi wraz z dziećmi mieszka razem ze swoją siostrą i jej dwoma córeczkami. Jej codziennym zajęciem jest sprzedawanie najlepszych w mieście balead. Jak tylko nie mamy czasu lub ochoty na gotowanie, biegniemy do jej stoiska by kupić owe pyszności. Każdego dnia pracuje ciężko, najpierw w domu robiąc masę i farsz na baleady, później na ulicy, sprzedając przygotowane jedzenie. Często towarzyszą jej jej dzieci. Ostatnimi czasy, gdy Gabriel i Jennifer wracają szybciej ze szkoły, lub nie mają zajęć, przybiegają do naszego domu by spędzić z nami trochę czasu, pooglądać bajkę lub pomóc nam w gotowaniu. Na początku naszej znajomości Rosi nie opowiadała wiele o sobie, nie odpowiadała na nasze pytania, tylko zawsze się delikatnie uśmiechała. Podczas ostatniej wizyty w jej domu, otworzyła się nieco i opowiedziała mi część swojej życiowej historii. Wspominała czasy dzieciństwa i młodości spędzone w rodzinnej wiosce. Powiedziała, że może i chciałaby tam wrócić, ale w stolicy o wiele łatwiej o pomoc dla chorego Gabriela. Wyznała mi też, że ma marzenie, chciałaby wrócić na studia, by studiować projektowanie ubioru i chciałaby mieć maszynę do szycia. Lubi bowiem szycie i wszelkie robótki ręczne. Jak mówi, póki co, nie może sobie na to pozwolić, musi zająć się dziećmi i utrzymaniem domu, ale wierzy, że pewnego dnia, jak Bóg pozwoli, marzenia się spełnią. Ufam, że Bóg pozwoli.
Doña Santos
Piękna, uśmiechnięta, dobra i przesympatyczna, taka jest właśnie Doña Santos. To jedna z naszych przyjaciółek – babć. Jak tylko spotykamy się na ulicy, obdarza nas swoim pięknem uśmiechem i czułymi gestami. Gdy odwiedzamy ją w jej skromnym domu, zawsze przygotowuje dla nas kawę i coś słodkiego. Często też modlimy się razem do Naszej Mamy modlitwą różańcową. Doña Santos ma szóstkę lub siódemkę dzieci, które żyją w przeróżnych zakątkach Hondurasu i Stanów Zjednoczonych. Mieszka ze swoim niepełnosprawnym synem, którego wszyscy nazywają Panel, choć jego prawdziwe imię jest inne, oraz siostrzenicami. Jakiś czas temu mieszkał z nimi także jej wnuk. Pewnego poranka Doña Santos przybyła do naszego domu, ponieważ chciała pomodlić się w naszej kaplicy. Zjedliśmy razem śniadanie i udaliśmy się na modlitwę. Po powrocie, Doña Santos usiadła przy stole bardzo smutna i przygnębiona, jak nigdy. Zapytaliśmy, co się dzieje, a ona rozpłakała się i opowiedziała nam, że jest bardzo zmartwiona, ponieważ od tygodnia nie ma żadnych wieści od swojego wnuka, który wyszedł z domu bez żadnej wiadomości. Gdy się trochę uspokoiła, wyjaśniła nam, że jej wnuk już od pewnego czasu wspominał, że chce wyjechać do Stanów Zjednoczonych, i że chce to zrobić nielegalnie. Tym bardziej była zaniepokojona, ponieważ nielegalne przekroczenie granicy wiąże się z dużym niebezpieczeństwem. Niestety wiele tutejszych ludzi się na to decyduje, gdyż w Stanach Zjednoczonych upatrują szansę na lepsze i godniejsze życie. Widząc płaczącą Doñę Santos uświadomiłam sobie ile miłości ma w sobie ta kobieta. Całe życie poświeciła swoim dzieciom, siostrzeńcom, wnukom, opiekując się nimi zawsze z ogromnym sercem. Niesamowita jest też jej relacja z chorym synem. Panel ma około 50 lat, urodził się z niepełnosprawnością fizyczną i psychiczną. Ma problemy z chodzeniem i mówieniem. Jest obdarzony niezwykłą czułością i szacunkiem ze strony swojej mamy. Doña Santos pomimo swoich problemów zdrowotnych, zawsze z dużym oddaniem zajmuje się swoim synem. Lubię bardzo jak razem przychodzą na Mszę Świętą, która czasem odbywa się w naszym domu. Nasza Przyjaciółka pokazuje mi czym jest łagodna, dobra, oddana miłość matki.
Chicas Nietos
Samaria, Daniela, Yosellin, Madelin – matka i trzy córki. To nasze sąsiadki i bardzo bliskie przyjaciółki. To w ich domu przesiadujemy gdy potrzebujemy na szybko skorzystać z Internetu, gdy gra Honduras i trzeba zobaczyć mecz lub po prostu gdy mamy ochotę rozłożyć się na kanapie i poczuć się jak u mamy. To niesamowite jak w niewielkim domu, gdzie mieszka mama, trzy córki, babcia, ciocia i kuzynostwo, zawsze znajdzie się miejsce. Uwielbiam patrzeć na dziewczyny Nietos gdy są wszystkie razem. Cztery zupełnie różne kobiety ale jakże zwiane ze sobą. Samaria Nieto to około 40 letnia matka trzech córek: Danieli – studentki fizjoterapii, zawodniczki klubu piłkarskiego Motagua, marzącej o karierze w fizjoterapii sportowej; Yosellin – pracującej studeńki pedagogiki, rozmiłowanej w kulturze i muzyce, grającej na klarnecie oraz Madelin – studentki diabetyki, bramkarki Kadry Narodowej Piłki Nożnej Kobiet. Jej mąż aktualnie pracuje w Ekwadorze. Jego emigracja to smutna i trudna część historii rodzinnej. W 2008 roku Samaria wraz z mężem w domowym garażu otworzyli pizzerię. Był to ich pomysł na utrzymanie rodziny. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę, bowiem pizza, jedna z pyszniejszych, a wiem co mówię, gdyż od czasu do czasu mamy zaszczyt smakować specjałów rodzinnych, przyciągała wielu klientów. Prowadzili swój biznes przez dwa lata, do czasu, kiedy pewnego wieczora zjawił się w ich pizzerii pewien mężczyzna. Nic nie zamawiał, tylko obserwował. Okazało się, że jest to członek tutejszego gangu tzw. mary. Tutejsza rzeczywistość gangsterska jest bardzo trudna do wyjaśnienia i zrozumienia. Jedną z działalności mary jest pobieranie impuesto czyli czegoś w rodzaju podatku. Jeśli prowadzisz biznes, który dobrze prosperuje, członkowie mary zobligują cię do płacenia owego haraczu. Tak też się stało w przypadku rodziny Nieto. Mężczyzna, który zjawił się w pizzerii, zastraszył Samarie, że jeśli nie zaczną płacić podatku, on dobrze wie, jakimi drogami Daniela chodzi na uniwersytet, o której godzinie i gdzie Madelin rozpoczyna treningi piłkarskie i w jakiej szkole Yosellin uczy się grać na klarnecie. Jeszcze tego samego dnia, Samaria wraz z mężem zdecydowali się na zamknięcie pizzerii. Stwierdzili, że nie chcą swoją pracą utrzymywać przestępców. Po tym wszystkim mieli trudności ze znalezieniem nowej pracy, dlatego mąż Samarii wyemigrował do Ekwadoru. Do pracy wyjechał legalnie, jednak problemy z przedłużeniem wizy, spowodowały, że przebywa tam teraz nielegalnie. Nie może wyjechać, bo już nigdy nie będzie mógł powrócić do tego kraju. A w Hondurasie rynek pracy zwłaszcza dla ludzi po czterdziestce jest praktycznie zamknięty. Samaria odwiedza go raz do roku, ale dziewczyny nie widziały się z tatą już od czterech lat. Bilety są o wiele za drogie. Gdy rozmawiam z dziewczynami, które na co dzień są pełne energii i życia, czasem przyznają się do tęsknoty za tatą, ale zawsze też podkreślają, że teraz muszą skupić się na swoich studiach, by skończyć je z najlepszymi wynikami by móc znaleźć dobrą pracę. Chcą pomóc swoim rodzicom, by tata w końcu wrócił do domu, nie musząc się martwić o byt rodziny. Wielokrotnie też mówią swojej mamie by pojechała do męża, że są już dorosłe i sobie poradzą. Ale Samaria nie chce, tęskni za mężem, ale czuje się odpowiedzialna za dom, za córki, za swoją mamę. Mówi, że nie może tego zostawić, że tu jest jej dom. To prawdziwie dzielna niewiasta. Zawsze gdy ją odwiedzamy przed południem, gdy dziewczyny są na uniwersytecie, sprząta, myje podłogi, gotuje, pierze, a nawet ćwiczy – bo zgrabna sylwetka przecież też jest ważna. Przy tym wszystkim ma wielkie serce i uważność na drugiego człowieka. Ostatnio gdy prowadziłyśmy luźną pogawędkę o pogodzie, powiedziałam, że trochę marznę w nocy, bo nie mam kołdry, tylko cienki koc, a pogoda w Hondurasie zaskoczyła obcokrajowców i temperatura spadła poniżej 20 stopni. Następnego dnia znalazłam w moim pokoju koc, który mi przyniosła, by było mi choć trochę cieplej. Dzięki Samarii i poprawie pogody wysypiam się lepiej. Imponuje mi odwaga i determinacja tych dziewczyn. Jest im trudno, ale starają się każdego dnia żyć godnie i sprawiedliwie. Mogłabym tak opowiadać i opowiadać, przykładów dzielnych kobiet mamy tu bardzo dużo. Każda na swój sposób silna, piękna, zaradna, ujmująca. Ubogacam się nimi, obserwując ich wytrwałość, codzienną pracę, zmagania z trudami codzienności, ich wiarę i zaufanie, otwarte serca i chęć przeżycia dobrze kolejnego dnia. I dziękuje Bogu za kolejną lekcję Miłości. Kończąc mój list chciałam Wam przesłać honduraskie, ponownie ciepłe i słoneczne pozdrowienia. Zapewniam Was o modlitwie, ale i o nią proszę, powierzam całą moją wspólnotę, a teraz jest nas więcej, więc i modlić należy się więcej – dwa tygodnie temu przybył do nas nowy wolontariusz z Argentyny – Mariano. Powierzam nasze Dzielne Niewiasty i wszystkich przyjaciół z dzielnicy, tych większych i tych najmniejszych. I za mnie się pomódlcie bym nie traciła ducha i wykorzystywała czas, który został mi ofiarowany.

Pozdrawiam, Agata Michalska.

Podczas wizyty urodzinowej u Doni Santos
Bawiąc się i grając w naszym domu z Jennifer i Gabrielem.
Bawiąc się i grając w naszym domu z Jennifer i Gabrielem.
Moje siostry wspolnotowe, Klaudia i Estefania, robiac pizze z naszymi specjalistkami
Z rodziną Nieto – na pierwszym planie Madelin, stojące Samaria i Yosselin oraz pierwsza od prawej Daniela.