Kochani,

Mam nadzieję, że w dalszym ciągu trwacie w radości Bożego Narodzenia, śpiewając od czasu do czasu nasze piękne polskie kolędy i kontemplując Boże Dziecię w tradycyjnej szopce. I ja chciałam dołączyć do tej radości, przesyłając Wam honduraski uśmiech, serdeczne pozdrowienia, noworoczne życzenia i parę grudniowych opowieści.

Grudzień był dla mnie zawsze miesiącem specjalnym, wyczekiwanym. Bo to adwent, tak przeze mnie lubiany, roraty, bo to miesiąc moich urodzin, to czas najpiękniejszych świąt, wigilii, śpiewania kolęd i spotkań w gronie rodzinny i przyjaciół. W tym roku grudzień nieco mnie zaskoczył.
Adwent przyszedł niespodziewanie, po cichu, trochę niezauważony. Wszyscy w tym czasie żyliśmy sytuacją polityczną w kraju. Po listopadowych wyborach prezydenckich, których wyniki zostały najprawdopodobniej sfałszowane, w państwie wybuchły fale protestów. Prewencyjnie, dla naszego bezpieczeństwa, nasi odpowiedzialni zdecydowali, że na czas zamieszek udamy się do San Salwadoru by odwiedzić tamtejszą wspólnotę Domów Serca i wspólnotę Sióstr Zakonnych. Wyjeżdżaliśmy z Hondurasu z mieszanymi uczuciami, nie wiedzieliśmy bowiem, kiedy wrócimy, jak potoczą się sprawy polityczne, czy nasi Przyjaciele będą bezpieczni. Będąc już w Salwadorze, zdałam sobie sprawę, że ten czas, to właśnie adwent. Czas oczekiwania, czas pewnej niepewności co dalej, ale zarazem czas nadziei, czas mówienia Bogu „tak”, czas zaufania. I mimo braku porannej mobilizacji by wstać na roraty, gdyż w Ameryce Środkowej nie ma takiego zwyczaju, mogłam poczuć nastrój tego okresu liturgicznego.
W Salwadorze spędziliśmy około dwóch tygodni. Odwiedziliśmy Siostry Zakonne Domów Serca oraz Dom Serca w stolicy kraju, w którym żyje wspólnota świeckich wolontariuszy. U Sióstr mogliśmy skorzystać z walorów ich domu, odpoczywać w otoczeniu ciszy i piękna przyrody, poznać tajniki uprawy kawy czy pogłębić nieco charyzmat Domów Serca słuchając opowieści sióstr z wieloletnim już doświadczeniem misyjnym. Jednak większość czasu spędziliśmy w Salwadorskim Domu Serca, współdzieląc czas z tamtejszą wspólnotą. Mimo naszej tęsknoty za Hondurasem i uwadze skupionej na sytuacji politycznej, pięknie było doświadczyć misji w innym kraju, podzielić się wzajemnie swoim doświadczeniem z drugą wspólnotą, poznać salwadorskich przyjaciół i poczuć się na nowo jak „ta nowa”, gdy wszyscy Cię pytają o imię i kraj pochodzenia. Ta wizyta obudziła we mnie na nowo chęć wychodzenia do drugiego człowieka. Pokazała mi na nowo czym jest nasza misja i jaką wartość ma docenienie chwili obecnej. I że bez względu na to gdzie jesteśmy, naszym zadaniem jest kochać.

Z Salwadoru wróciliśmy prosto na Posady. Las Posadas to adwentowa tradycja Ameryki Centralnej, która rozpoczyna się dziewięć dni przed Bożym Narodzeniem, taka nowenna adwentowa. Sama nazwa dosłownie oznacza kwaterę lub nocleg. Zwyczaj ten odwołuje się do historii Świętej Rodziny, która przed narodzeniem Jezusa, poszukiwała miejsca schronienia. Osoby biorące udział w Posadach odwiedzają sąsiedzkie domy poszukując miejsca dla Dzieciatka Jezus. Wszystko wygląda trochę podobnie jak nasze świąteczne chodzenie z kolędą. Wraz z dziećmi i naszymi Przyjaciółmi, odpowiednio ucharakteryzowani, przy akompaniamencie gitary odwiedziliśmy ponad 30 domów w naszej dzielnicy. Posada zaczyna się od tradycyjnej piosenki, która jest dialogiem miedzy domownikami a Świętą Rodziną proszącą o gościnę. Gdy po pięciu zwrotkach gospodarze wreszcie otworzą swoje drzwi, Maryja z Jozefem i całą resztą aniołków i pasterzy wchodzą do środka, by podzielić się Dobrą Nowiną. Odczytana zostaje bożonarodzeniowa Ewangelia, dzielimy się świątecznymi refleksjami i wspólnie śpiewamy tutejsze kolędy. Często też znajdzie się czas na mały poczęstunek. Ta piękna tradycja, mimo, że wyczerpała nasze zasoby głosowe, i przyczyniła się do wypicia niezliczonej ilości coca–coli, wprowadziła nas w świąteczny czas. Niby tylko tradycyjna zabawa, jednak przybliżyła mi tajemnicę Bożego Narodzenia. Zadałam sobie pytanie, czy aby na pewno drzwi mojego domu, mojego serca są otwarte na przyjście Pana. I czy zawsze mu otwieram, gdy przychodzi niespodziewanie, z zaskoczenia, pod postacią dziecka pukającego w bramę, czy sąsiadki, która przyszła zagadać w czasie mojego odpoczynku.

Wspólnota salwadorsko-honduraska wraz z siostrami

Wyjazd do Salwadoru przyniósł ze sobą niespodziankę urodzinową. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że spędzę swoje urodziny nad Oceanem Spokojnym. Korzystając z bliskości morza, moja wspólnota i Maciek – Polak z salwa- dorskiej wspólnoty, zorganizowali mi urodzinową wycieczkę na plażę. Tak więc w kolejny rok życia wkroczyłam zażywając salwadorskiego słońca i walcząc z największymi falami jakie w życiu widziałam. A pod koniec dnia czekał mnie tort, życzenia i „Sto lat” odśpiewane w pięciu językach. Wprawdzie wszystko zakończyło się udarem słonecznym i kolejny dzień spędziłam w łóżku, to i tak było warto.

Salwadorska plaża …
…i urodzinowy tort

Po Posadach przyszedł czas na świętowanie. Trochę się obawiałam, jak to będzie, pierwszy raz bez polskich świąt, bez barszczyku, bez opłatka… No i było inaczej, co nie oznacza wcale, że gorzej. W Hondurasie nie ma tradycji spożywania kolacji wigilijnej, oczekiwania na pierwszą gwiazdkę i dzielenia się opłatkiem. Wszystko zaczyna się od Pasterki, która w naszej parafii rozpoczęła się o 18.00, a następnie rodziny świętują aż do rana Buena Noche. Spożywają uroczystą kolację bożonarodzeniową, a o 24:00 obdarowują się uściskami i odpalają fajerwerki. Tak więc noc Bożego Narodzenia to
noc radości, tańców, śpiewów
i spotkań z najbliższymi. Z naszą wspólnotą w tę noc odwiedziliśmy domy naszych Przyjaciół by dzielić z nimi tę świąteczna i rodzinną atmosferę. I choć nie ma tu tradycji dodatkowego nakrycia na stole, myślę, że żaden przechodzień szukający gościny nie zostałby odrzucony. Otwartość i hojność mieszkańców Hondurasu w dalszym ciągu mnie zadziwia i wzrusza.

Gdy już trochę odespaliśmy, 25 grudnia zaprosiliśmy na świąteczny obiad Rosi z całą rodziną. Rosi to nasza Przyjaciółka od Balead, o której pisałam w ostatnim liście o dzielnych niewiastach. Wraz nim spędziliśmy przemiły czas przy między- narodowym stole. Każdy ze wspólnoty przygotował coś świątecznego ze swojego kraju. Nie zabrakło oczywiście barszczyku, pierogów i pierniczków, które z wielką dumą i zapałem przygotowałyśmy z Klaudią.

W tym okołoświątecznym czasie, często wracała do mnie tajemnica Zwiastowania Maryi. Tajemnica posłuszeństwa i zaufania Panu Bogu, tajemnica powiedzenia „tak”. Łatwo się mówi, że trzeba wypełniać wolę Boga, że wszystko będzie dobrze, jak Mu zaufamy, ale trudniej to wszystko wypełnić na co dzień. Zastanawiając się jak to się robi, jak mogę powiedzieć „tak”, przychodzi mi na myśl historia rodziny Rosy i Yullieth. Rosa to mama, a Yuli to córka, są przyjaciółkami Domu Serca od wielu lat, Yuli ma 23 lata i od najmłodszych lat przychodziła do naszego Domu by grać i bawić się z wolontariuszami, teraz, od czasu do czasu przychodzi pomagać nam gdy bawimy się z dzieciakami. Wiernie też uczestniczy w co czwartkowych Szkołach Wspólnoty – czyli spotkaniach podczas których czytamy i rozważamy teksty, dzieląc się życiowym doświadczeniem. Dzięki ich Pulperii (mały sklepik, kiosk), która znajduje się na przeciwko naszego domu, i do której zawsze możemy podskoczyć po mleko, chleb, czy wiecznie brakujący cukier, mamy z nimi codzienny kontakt. Nigdy nie zabraknie uścisku, serdecznego uśmiechu i krótkiej, a czasem nieco dłuższej pogawędki o prozie życia. A gdy kran w naszej kuchni nie działa, zawsze możemy poprosić o pomoc męża Rosy, Williego. Obserwując tę rodzinę, można by stwierdzić, że ich życie toczy się wokół własnego, małego biznesu, mam wrażenie, że są zawsze w tym samym miejscu, przy swojej Pulperii, w otoczeniu rodziny, przyjaciół, miejscowych pijaczków. Zawsze bardzo uważni na potrzeby drugiego człowieka, przejęci losem osób śpiących na ulicy tuż przy ich Pulperii, wielką miłością otaczający dzieci, które bawią się na ich placu i serdecznie przyjmujący każdego przechodnia. Czasem sobie myślę, że to miejsce, to taki drugi Dom Serca. Rosy i Yuli są ewangeliczkami, bardzo zaangażowanymi w życie swojego Kościoła, ale nigdy nie przeszkadzało im to, by respektować katolicki charakter naszej misji. Często rozmawiamy o kwestiach wiary i zawsze możemy od nich usłyszeć, że primero Dios, co oznacza „pierwszy Bóg”.
Pewnego dnia Yuli przyszła do naszego domu bardzo smutna, i powiedziała, że chce nam coś powiedzieć. Zapytałam co się stało i ona w tym momencie rozpłakała się. Okazało się, że właśnie się dowiedziała, że jej mama, Rosa, ma raka piersi. Mogłam tylko ją mocno przytulić, i razem z nią zapytać: Panie Boże, dlaczego właśnie Ona? Yuli przyszła w tym momencie do nas, bo nie chciała by jej mama widziała ją plączącą, mówiła, że musi być silna dla niej. Gdy się trochę uspokoiła, zaczęła opowiadać o tym, że chociaż to trudne, wierzy, że nie są same, że Bóg to wszystko ma w swoich rękach, i że jeśli dał jakiś krzyż, da też siły by go udźwignąć. Gdy tak rozmawiałam z Yuli, po jakimś czasie przyszła także i Rosa, zapłakana i zmartwiona. Yuli poszła porozmawiać z całą wspólnotą by przekazać smutne wieści, a ja zostałam z Rosą. Usłyszałam od niej podobne słowa, co od jej córki, że jest to bardzo trudne, że się boi, ale musi być silna, że chce płakać, ale nie może, bo gdy ona płacze, wydaje się jej, że to jeszcze cięższe dla jej rodziny, że ufa Bogu, bo On jest pierwszy, i że On da potrzebną siłę. To był trudny i smutny wieczór, jednak postawa naszych Przyjaciółek była dla mnie wielkim świadectwem jak powiedzieć Panu Bogu „tak”, mimo bólu, strachu, chęci wykrzyknięcia: Dlaczego?! Rosa po rozpoznaniu choroby bardzo szybko rozpoczęła hospitalizację, lekarze mówią, że wszystko będzie dobrze i trzeba mieć nadzieję. Niesamowite jest to, jak cała rodzina zmobilizowała się by pomóc chorej. W Hondurasie ubezpieczenie zdrowotne niestety nie opłaca wszystkiego, dlatego potrzebne są środki na leczenie. Rodzina i przyjaciele podczas ostatniego miesiąca zorganizowali różne akcje, z których dochód przeznaczony jest na pomoc dla Rosy. Jednego wieczora sprzedają Baleady, innego Pupusas, a jeszcze innego Pizzę, przygotowane przy pomocy sąsiadów. Prowadzą także Mini Bazar, gdzie można kupić wszelkiego rodzaju duperele, wszystko to, by pomóc Rosie. I jak się do nich przychodzi, i jak co dzień pyta: Que tal? (Jak jest? Co słychać?) zawsze odpowiadają, że do przodu, że chociaż ciężko i trudno, to z Panem Bogiem lżej. Zadziwia mnie siła tej rodziny, i mimo, że czasem widzę Rosę nieco smutniejszą, zapłakaną, wiem, że walczy i codziennie na nowo mówi Panu Bogu: „Tak”. Myśląc o Rosie, mam przed oczami pewien obraz. Niedługo po tym jak się dowiedzieliśmy o chorobie Rosy, przechodząc obok rodzinnego sklepiku, zobaczyłam Rosę siedzącą opartą o ścianę sklepu i czytającą Biblię, tak po prostu. Pomyślałam wtedy, że to właśnie od niej powinnam się uczyć tajemnicy przyjęcia woli Bożej.

Moi kochani, pewnie przeczytacie ten list już w styczniu, dlatego przesyłam Wam serdeczne, noworoczne życzenia, niech doświadczenie Bożego Narodzenia promieniuje i oświetla każdy Wasz dzień. Życzę Wam odważnego mówienia „tak” i niezachwianej wiary. Niech Bóg Wam błogosławi.
Tradycyjnie modlitwom Przyjaciół, wspólnotę. Polecam wszystkich Honduras i Waszym naszych moją.

Przesyłam uściski!

Agata