Drodzy Przyjaciele,

Gorącym sercem witam Was w rodzinie „dzieci ulicy”. Taka jestem dumna z Waszej wolności! W liście św. Jakuba czytamy że, „złoto wasze i srebro zardzewiało, a rdza ich będzie świadectwem przeciw wam”. Pieniądze rdzewieją na naszych kontach, by potem oskarżać nas przed Bogiem. Jak to dobrze, że pozbyliście się tych złotówkowych oskarżeń! A niektórzy zrzucili z siebie naprawdę bardzo wiele! Mam nadzieję, że doświadczyliście tej wolności, która płynie z jałmużny. Chwała niech będzie Bogu za biednych, za to, że dzięki nim uczymy się, jak pomnażać skarby w niebie, że uczą nas, jak gromadzić, rozdając. Czy to nie cudowne?! On wkrótce pomnoży Wasz dar, byście znowu mogli podzielić się tym, co macie. Mam nadzieję, że już zasmakowaliście w jałmużnie, że już za nią tęsknicie, że już się rozglądacie za biednymi, którzy żyją blisko Was, w Waszym mieście, na Waszej ulicy. Może już znacie imiona niektórych z nich? Chrystus nas zapewnił, że biednych zawsze będziemy mieć u siebie, że nigdy nie odbierze nam okazji naśladowania Jego samego: podzielenia się z potrzebującymi, jak On podzielił naszą ludzką naturę, oddania własnego grosza, czasem wbrew wszelkiej sprawiedliwości tak, jak On oddał się za nas na krzyżu.

Z pewnością Wy korzystacie na jałmużnie dużo bardziej niż my na pieniądzach, ale mimo to chcę się z Wami podzielić pierwszymi „inwestycjami”, które dzięki Wam poczyniliśmy. Na przykład, całkiem niedawno udało nam się zorganizować małe warsztaty gliniarskie. Ja sama pierwszy raz uczestniczyłam w czymś takim. Przyszło mnóstwo dzieci i z każdą minutą pojawiały się nowe. Te, które uczestniczyły w zajęciach, podzieliły swoją radość z innymi i w następnym dniach do naszych drzwi pukały dzieci zupełnie nam nieznane, które wypytywały o datę następnych warsztatów. To było pierwsze poruszenie. Drugie miało większy zasięg, bo opuściło granice naszego barrio. Zorganizowaliśmy obozy dla naszych dzieciaków. Niektóre pierwszy raz weszły do rzeki (a potem nie chciały wyjść). Dla innych czymś zupełnie nowym było dotknięcie konia, spanie w namiocie, weekend bez telefonu, bez głośnej muzyki.

O ostatnim obozie, a właściwie o dziewczynach, które pojechały z nami chcę Wam opowiedzieć trochę więcej. Było ich jedenaście, w wieku od 8 do 16 lat. Prócz trójki wszystkie mieszkaj na naszej ulicy. Pojechałam na obóz, a znalazłam się w środku wojny. Dziewczyny – głownie te starsze, kłóciły się dosłownie o wszystko, i z nami i między sobą również. „Głupia, gruba, zamknij się, nienawidzę Cię” – te zwroty tworzyły refren naszego spotkania. „Mia, to boli, dlaczego tak mówisz?” – pytałyśmy, próbując zrozumieć, skąd tyle nienawiści. „Mnie takie słowa nie bolą” – odpowiadała zimno. Mia ma 9 lat i żyje ze swoim dziadkiem, bo jej mama założyła sobie nową rodzinę, bez niej. Kiedy wróciliśmy z obozu, dziadka nie było w domu. Zadzwoniliśmy po niego. Odebrał Mię totalnie pijany. A jeszcze chwilę wcześniej byłyśmy zdziwione, że dziewczynki nie tęsknią, że nie chcą wracać do domu… Żadna nie tęskniła, nie płakała, gdy zapadała noc, żadna nie chciała wracać do rodziny. My natomiast, zupełnie nieprzystosowane do ciągłej walki, żyjące na co dzień w przyjaznej wspólnocie, wyczekiwałyśmy końca. Ostatniego dnia Bertilla – wolontariuszka z Francji, powiedziała wykończona :„Nie wiem, czy jest jakiś sens tego, co robimy…”. No bo co z tego, że wyjechałyśmy, by być blisko natury, ciszy, co z tego, że je przytulamy i mówimy, że są dla nas ważne. One wiedzą, że po tych trzech dniach trzeba będzie wrócić do barrio, by walczyć.


Wiedzą, że nie mogą liczyć na nikogo prócz siebie. Te dziewczyny dużo bezpieczniej czują się walcząc, bo ich życie to ciągła walka. Gdy jest spokój, to same zaczynają szukać guza, by znowu czuć normalnie…

To doświadczenie pozwoliło mi lepiej zrozumieć, dlaczego ludzie moją tu taki problem z wiarą w niebo, problem ze śmiercią. Dlaczego katolicy przechowują urny latami w swoich domach, stawiają przy nich jedzenie i picie. Gdy żyjesz na wojnie, trudno ci wierzyć w Królestwo Pokoju. To jakby nie twoja bajka.

A więc, czy był sens tego obozu, czy było warto? Dla mnie zdecydowanie tak! Pierwszym, bezcennym wręcz zaskoczeniem była Alexa, postrach wolontariuszy i uliczna królowa wojny, która zaraz po przyjeździe usiadła przy stole i… zaczęła układać puzzle! Nidy nie widziałam jej tak spokojnej. Ona nigdy nie układa puzzli! Gryzie, drapie, szarpie, przeklina, wyrywa, zawsze jest pierwsza i robi, co chce. Alexa i puzzle! Ona, najmłodsza z całej grupy, pierwsza zorientowała się, że przyjechałyśmy na wakacje od wojny, że jest na obcym terenie, więc nie musi walczyć o swoje, że tu, z nami, jest bezpieczna, że tutaj może spokojnie układać puzzle. Potem starsze dziewczyny pokazały jej, że walczyć o swoje można zawsze, ale te jej pół godziny z puzzlami to były prawdziwe wakacje. Zobaczyłam inne dziecko i już zawsze będę wiedziała, że ono gdzieś tam w środku jest. Z resztą było trochę trudniej. Starsze są dużo waleczniejsze, obyte. Pierwszego dnia nic nie udało nam się zrobić wspólnie prócz przeprowadzenia kilku zaciętych kłótni. Ale już drugiego wieczoru dziewczyny opracowały wspólnie piosenkę o bł. Piotrze Jerzym Frassatim, który był patronem naszego wypadu. I włączyły się wszystkie dziewczyny, nawet te spoza naszej ulicy. Dla mnie to było jak cud! Drugi mogłam zobaczyć już następnego dnia. Dziewczynka nazywa się Fatima. Zawsze jest na dystans, zawsze obojętna, na niczym jej nie zależy, a im bardziej jej na czymś zależy, tym mniej daje to po sobie poznać. Obojętność lub wrogość to dwa uczucia, które na ogół wyraża. Czasem się przytuli, by potem powiedzieć mi coś bardzo przykrego, bym przypadkiem nie pomyślała, że to był znak jakiejś czułości czy przywiązania. Im mocniej kocha, tym dotkliwiej odrzuca. Taki typ, głęboko poraniony. I wyobraźcie sobie tą zimną Fatimę, biegającą z miską wody, oblewającą wszystkich wkoło, krzyczącą, śmiejącą się na cały głos. Ja też nie mogłam sobie tego wyobrazić, dopóki nie zobaczyłam. To była autentyczna radość, kiedy mogła uwolnić na chwilę te wszystkie emocje, skrupulatnie skrywane na co dzień. Na ten kwadrans zrzuciła swój pancerz ochronny wiecznej obojętności i pokazała swoją prawdziwą twarz, twarz dziecka, które jest wolne, które całe oddaje się zabawie. Nie potrafię Wam tego opisać, to są te unikalne momenty, w których po prostu wiesz, że warto, że warto walczyć przez trzy dni, by zobaczyć, jak Fatima pozwala sobie być sobą przez kwadrans.

Taki obóz nie zmieni ich życia. Fatima znów założy pancerz, a dziewczyny będą walczyć jak wcześniej. Bo muszą. Muszą być silne, gdy ich facet wyniesie się z dnia na dzień, zostawiając je same z maleńkim dzieckiem na ręku lub jeszcze w brzuchu. Muszą być silne, gdy ta historia powtórzy się jeszcze trzy razy. Muszą mieć siłę utrzymać cały dom na swoich barkach. Silne, gdy ich dzieci zaczną ćpać, kraść, gdy znajdą się więzieniu. Nie ma sensu odzwyczajać nasze dziewczynki od wojny. Inaczej nie przetrwają. Możemy jednak dać im nadzieję, że istnieje inny świat, że gdzieś jest Królestwo Pokoju, że po burzy wychodzi słońce, że kiedyś będą wolne od wojny.

Na koniec chcę Wam jeszcze wspomnieć krótko o życiu wspólnotowym, o mojej nowej definicji przyjaźni i o tym, że płakać trzeba, ale nie zawsze samemu. Mój współbrat Kajetan ze Szwajcarii przyjechał tutaj dość szczelnie zamknięty. Jest księgowym w pracy i w życiu. Pan Bóg od początku chciał go otworzyć, ale Kajetan wolał pozostać w swoich rubryczkach, w tym, co zna i rozumie. Odrzucał więc wiele propozycji otwarcia. W końcu nabawił się kontuzji kolana. Ból towarzyszył mu przez tygodnie, nie pozwalał spać, brać udziału w misji. Kajetan był coraz bardziej zirytowany i zły, ale nic nam nie mówił, bo to przecież oznaczałoby wyjście poza rubryczkę. Pewnego dnia nie wytrzymał, wybuchnął, płacząc i opowiadając o swoim bólu. I tak się otworzył. I tak po pół roku mogliśmy zacząć się naprawdę przyjaźnić. Pan Bóg wszedł mimo drzwi zamkniętych i otworzył drzwi od drugiej strony, bo wiedział dobrze, że Kajetan chce, tylko nie wie jak. Więc postawił go przed propozycją nie do odrzucenia, czyli przed takim bólem, że w końcu musiał krzyknąć. Może wydaje się to trochę brutalne, lecz myślę, że jeśli chodzi o otwarcie nas samych, Pan Bóg jest w stanie pójść z nami każdą drogą, tą krzyżową też. Jasne, to moja interpretacja i możliwe, że nic z tego nie ima się prawdy. Ja jednak tak to widzę i dobrze mi z tym. Inaczej zupełnie nie rozumiałbym, co się dzieje. Dlaczego ten chłopak już trzeci miałby wracać z misji przed czasem, znowu zmieniać kontynent. Po co Pan go woła i zawraca za chwilę. Na szczęście Kajetan otworzył się, jeszcze zanim podjął decyzję o wyjeździe i wygląda na to, że dzięki temu zostanie. Był na krawędzi, ale wyskoczył poza tę swoją rubryczkę, zamiast znów zawrócić do domu. A jaka z tego nauka o przyjaźni? Że trzeba mieć na tyle odwagi w sobie, by umieć zapłakać przed własnym przyjacielem, że trzeba umieć przyznać się przed nim, że jest się słabym, że coś nas czasem przerasta, czy to ból, czy smutek, czy radość. Charlotte, wolontariuszka z Francji, zawsze szuka kogoś, gdy zbiera jej się na płacz, bo kiedy zaczyna płakać i orientuje się, że jest sama, to robi się jej jeszcze gorzej. Kiedy ostatni raz płakaliście przed kimś, moi Przyjaciele? Nie sami, do poduszki, czy w łazience. Ale przed własnym mężem, przyjaciółką, siostrą, własnym Bogiem? Kiedy ostatni raz stanęliście w całej prawdzie przed drugim człowiekiem? Macie takiego człowieka? Pozwalacie sobie płakać, być słabym? Ja nauczyłam się tu nie wstydzić moich łez i zauważyłam, że czasem one znaczą więcej niż uśmiech. Nauczyłam się nowej definicji przyjaźni, takiej wielkopostnej: „Rozdzierajcie wasze serce, nie szaty”. Rozdarte ubranie niczemu nie służy, rozdarte serce, to takie, które zaczęło służyć i rozdzieliło się na dwoje.

Życzę Wam, by ten Wielki Post był czasem rozdzierania serc, był czasem przyjaźni, mokrych oczu i wolności. Byście w poście odstawili coś niepotrzebnego, znajdując czas dla przyjaciela, byście się modlili za przyjaciół i dzielili się z nimi jałmużną czasu. Niech żyje przyjaźń z Bogiem i z człowiekiem!

Moja obecna wspólnota z dzieciakami. Od lewej: Charlotte, Andrzej, Kajetan, ja i Bertille