Ekwador, listopad 2020

Dom Serca św. Hieronima Emilianiego
Monika Depciuch

„Nie znaleziono w nim żadnej rany, bo zaufał Bogu swemu” Dn 6,24

Moi Mili! Witajcie!

Cieszę się bardzo, że mogę do Was napisać i podzielić się tym, co się tutaj dzieje. Na początku powiem Wam, że jestem tu bardzo szczęśliwa. Właśnie mija pierwszy miesiąc mojej misji! Chciałabym Wam w tym pierwszym liście opowiedzieć, co tu robimy, jak wygląda dzień, ile nas jest w domu i przedstawić Wam kilkoro z naszych przyjaciół.

Mieszkamy w domu w dzielnicy Isla Trinitaria, jest to dzielnica portowa. Z okna pokoju widać, jak przerzucają wielkie kontenery, raz nawet się zdarzyło, że widzieliśmy wpływający ogromny statek. Na samo nabrzeże nie chodzimy sami, ponieważ nie jest to zbyt bezpieczne. Jednak udało nam się tam pójść z naszymi przyjaciółmi z dzielnicy w ciągu dnia. Dzielnica, w której mieszkamy, jest bardzo uboga, ale właśnie przez to możemy być z tymi, którzy współczucia i pocieszenia potrzebują najbardziej. Domy są w większości bardzo prowizoryczne, niewykończone, a na ulicach jest niestety mnóstwo śmieci. Dzielnica jest też często bardzo głośna, muzyka towarzyszy nam niemal zawsze w trakcie dnia i często także w nocy. Przy modlitwie, posiłkach, pracy, zabawie, zwykle z kilku domów równocześnie. W domu aktualnie mieszkamy w sześć osób: Sabina z Polski, Sergio z Rumunii, Giovanna z Brazylii, Priscilla z Francji, Timoteo ze Stanów Zjednoczonych i ja. Kiedy przyjechałam, był z nami jeszcze Pablo z Francji, który zakończył misję w połowie października.

Nasz wspólnota: Sabina, Timothy, ja, Priscilla, Sergio, Giovanna
Pożegnanie Pabla (najwyższy na zdjęciu). Z przyjaciółmi

W zasadzie każdy dzień wygląda tak samo, ale zawsze jest inaczej. Inni ludzie, inne apostolaty, niespodziewane wydarzenia. Standardowo dzień rozpoczynamy od jutrzni o 7:00, o 8:00-8:30 jemy śniadanie, 12:00-12:30 jemy obiad. W międzyczasie odwiedzają nas goście – głównie dzieci, z którymi odrabiamy zadania domowe, bawimy się, gotujemy (każdego dnia gotuje inna osoba), spędzamy czas razem. Mamy też czas na adorację Pana Jezusa, domowe obowiązki – jak to w domu. O 14:30 modlimy się na różańcu, zawsze pamiętając o naszych rodzinach, przyjaciołach i darczyńcach. Po różańcu ruszamy na apostolaty, odwiedzamy naszych przyjaciół w dzielnicy i poza nią, spędzam czas z dziećmi w domu i na zewnątrz, mamy grupy formacyjne dorosłych i dzieci. Naszym głównym środkiem transportu po dzielnicy, która swoją drogą jest ogromna, są rowery. Wracamy do domu na nieszpory o 18:15 i zaraz po nich ruszamy na rowerach na Mszę Świętą o 19:00. Po mszy wracamy i jemy kolacje. Często o tej porze też przychodzą dzieci, zwykle tłukąc w drzwi, chcąc szklankę wody. Około 21:30 modlimy się modlitwą wieczorną i idziemy spać. A o tej porze czasu polskiego pewnie część z Was wstaje do pracy, a kiedy ja wstaję na jutrznię, pewnie jecie obiad lub lunch. Opisałam tak bardzo sucho, jak wygląda plan dnia, jednak jest on często modyfikowany i na przykład wychodzimy na apostolaty też przed południem. Większe zakupy też są wielką wyprawą, która zajmuje dużą część dnia. Czasem ktoś z przyjaciół potrzebuje pomocy z czymś, potrzebuje przyjaciela. I tak każdy dzień, który ma być taki sam, jest inny i niepowtarzalny.

Jednym z najpiękniejszych apostolatów jest dla mnie apostolat z rodzinami z Wenezueli, które uciekły przed sytuacją, z którą teraz mierzy się ich kraj. Większość czasu spędzają na ulicy, całymi rodzinami. Ten apostolat podejmujemy w sobotę, wychodzimy po wczesnym śniadaniu. Jedziemy około godziny do centrum Guayaquil autobusem, najpierw pomagamy tutejszej wspólnocie Pan de mi hermano (tł. Chleb mojego brata) rozdać jedzenie najbiedniejszym, a później spędzamy czas z rodzinami na ulicy. I tak po ludzku nie możemy nic zrobić: nie mamy pieniędzy, żeby im rozdać, nie mamy możliwości, aby poprawić sytuację w ich kraju, nie mamy tyle jedzenia, aby wystarczyło dla wszystkich. Po prostu z nimi jesteśmy. Najbardziej niesamowite jest to, jak niektórzy z nich reagują: witają się z nami jak z rodziną, jak ze starymi przyjaciółmi, mimo tego, że często jest tak, że widzimy się pierwszy raz w życiu. Ale widzę, jakie dla nich ważne jest to, że ktoś patrzy na nich i widzi człowieka, a nie śmiecia, który przeszkadza na ulicy. A my nic w zasadzie nie robimy, po prostu jesteśmy tam raz w tygodniu, choć zdarza się, że spotykamy się z tymi przyjaciółmi przypadkowo w tygodniu na mieście, załatwiając różne sprawy. Jest to bardzo trudny apostolat, ale przez to jest bardzo piękny. Dla mnie ci ludzie mają tak piękną wiarę, kiedy czasem modlimy się razem, jestem zawstydzona. Ich modlitwa to wielkie dziękczynienie Panu Bogu, choć po ludzku patrząc, nie mają nic. Musieli opuścić swoje domy, opuścić rodziny, miejsca, które znali, przebyć długą drogę, która często trwa do 18 dni, aby dostać się do miejsca, gdzie są niechciani i wytykani palcami. W nich właśnie widzę Daniela, który został zamknięty z lwami i nic mu się nie stało, bo zaufał Bogu swemu. I to zaufanie widać w tych ludziach, nie w każdym i nie zawsze, ale bardzo wiele się od nich uczę przy każdym spotkaniu. Mam wrażenie, że to nie ja przychodzę do nich i spędzam z nimi czas, ale oni zostają mi podarowani. Czasem nie pozostaje nic innego, jak milczeć, kiedy mama 11-letniego chłopca płacze, że jej malutki synek musi pracować (sprzedaje cukierki i wodę na ulicy), aby mieli co jeść, bo mąż nie zarabia wystarczająco na utrzymanie, zwykle też ciężko pracując. Ile to razy przeszłam obojętnie obok osób żyjących na ulicy, nawet nie poświęcając im jednej myśli, a tutaj po prostu podchodzę do tych ludzi, a oni przyjmują mnie jak swoją. I jest to wielka łaska Boża, że pozwala mi doświadczać tego na misji. Pierwszy raz jak poszłam na ten apostolat to poza tym, że prawie nic nie rozumiałam, była we mnie wielka niezgoda na to, co się dzieje, na to zło, które jest udziałem tych ludzi, na ten smutek, na tę niesprawiedliwość. Ale patrząc na nich i widząc ich doświadczenie bólu, widzę Maryję, która staje pod krzyżem, która tam po prostu jest i towarzyszy w cierpieniu, w ciszy. Ona nie krzyczy, tak jak nie krzyczą ci ludzie, nie popycha nikogo, nie krzywdzi nikogo. Po prostu cicho trwa. W takich dniach bardzo potrzebna jest nadzieja i Bóg przez tych ludzi mi ją daje. Lubię myśleć, że przeze mnie też Bóg daje nadzieję tym ludziom. To nie żadna fałszywa skromność, ja tu naprawdę niewiele mogę, a dla Boga nie ma nic niemożliwego!

Kolejnym apostolatem, który wprawił mnie w wielkie zdumienie jest zanoszenie Jezusa w komunii chorym przyjaciołom. Ten apostolat mamy w niedziele po mszy porannej, przed naszym obiadem. Za pierwszym razem, kiedy poszliśmy i Priscilla wyciągnęła Jezusa w Komunii Świętej, byłam w wielkim szoku, bo niby zrozumiałam, że idziemy z Komunią, ale na tym etapie mojego hiszpańskiego wydawało mi się to czymś zupełnie innym. Nie czuję się godna, aby rozdawać Komunię Świętą, ale też wiem, że jeśli my tego nie zrobimy, nikt tego nie zrobi, bo parafia jest duża, ksiądz ma dużo zajęć i nie ma możliwości, aby pójść w każdą niedzielę z komunią do chorych.

A teraz chciałabym Wam przedstawić rodzinę, która jest bardzo zaprzyjaźniona z Domem Serca tutaj w Ekwadorze. To rodzina Diega. Diego jest młodym człowiekiem, który niedawno skończył studia i z tej też okazji była wielka fiesta. Pierwszego dnia zostaliśmy zaproszeni na imprezę rodzinną w domu siostry Diega, a drugiego dnia impreza odbywała się u nas w domu. Cały dzień przygotowywaliśmy z przyjaciółmi Diega wystrój. To jest cudowne, jak patrzę na przyjaciół, którzy troszczą się o przyjaciół w tak małych rzeczach jak przystrojenie domu, które – nota bene – trwało cały dzień, bo wszystko było robione ręcznie. Ale to, co jest najpiękniejsze z tego wszystkiego, to słowa, które usłyszeliśmy od mamy Diega, seniory Carloty. Poproszona o powiedzenie kilku słów, rozpoczęła od podziękowania Panu Bogu za dar życia Diega, za przyjaciół, za rodzinę. W naszą stronę skierowała słowa, które na zawsze ze mną zostaną. Powiedziała, że nie jesteśmy tylko przyjaciółmi, że jesteśmy rodziną, że każdy wolontariusz, który tu był, należy do rodziny i na zawsze jest w pamięci i sercu, dlatego też zostaliśmy zaproszeni na przyjęcie rodzinne. Jak wielkimi są serca tych ludzi, że potrafią przyjąć do swojej rodziny człowieka, który pochodzi z drugiego krańca świata i który jest tu na określony czas. Przy tej okazji chciałabym się z Wami podzielić tym, jak w Ekwadorze świętuje się urodziny i inne wielkie przyjęcia. Przygotowywana jest ściana z mnóstwem ozdób, przy której można zrobić zdjęcia, bo zdjęcia tutaj są bardzo ważnym elementem przyjęcia. W zasadzie całą imprezę rozpoczyna się od robienia zdjęć i moim zdaniem to całkiem rozsądne, bo w tym klimacie człowiek bardzo szybko zaczyna wyglądać niekorzystnie 😉 Stół, na którym znajduje się mnóstwo słodkości również jest pięknie przyozdobiony. To, z jaka troska i pieczołowitością są tutaj przygotowywane przyjęcia, zawsze mnie dotyka. I jest tu jeden zwyczaj, który szczególnie przypadł mi do gustu, a mianowicie „la muerda”. Polega to na tym, że solenizant ma za zadanie ugryźć tort. Zwykle kończy się to na tym, że osoba stojąca najbliżej solenizanta w tym pomaga i cała twarz solenizanta ląduje w tymże torcie. Jest też czas na kolację i tańce.

Z seniorą Carlotą
Fiesta z okazji ukończenia studiów Diega. Nasza wspólnota z Diegiem oraz Suyin, była wolontariuszka Domów Serca

Jeśli chodzi o klimat to tutaj jest bardzo gorąco, choć podobno to nie jest szczyt upałów. Ten czas ma nadejść – dam znać. Zwykle rano jest nieco chłodniej, ale popołudnia, w czasie których wychodzimy odwiedzać naszych przyjaciół, nie należą do chłodnych. I tutaj wkracza Bóg ze swoją łaską i swoją siłą, bo w moim przypadku moje siły skończyły się mniej więcej w drugim tygodniu. Każdego dnia jest to walka ze swoim egoizmem, ze swoim lenistwem, ze swoją wygodą. Każdego dnia trzeba przekraczać granice i podejmować decyzje. Odpowiadać „TAK” na to, co na dany dzień proponuje Niebo. Więc bierzemy wodę do bidonu i w drogę!

Piszę do Was ten list i cały czas przychodzą mi do głowy nowe rzeczy, którymi chciałabym się podzielić, ale ten list miałby pewnie dwadzieścia stron. Więc podzielę się jeszcze z Wami historią językową. Jestem tu miesiąc i muszę przyznać, że małymi kroczkami zaczynam coś tam rozumieć. Nie wszystko, nie zawsze, nie każdego i nie każdego dnia. Przed przyjazdem tutaj język hiszpański nie wydawał mi się aż tak trudny, okazało się jednak, że jest mi się ciężko porozumieć we wspólnocie, a co dopiero z przyjaciółmi z dzielnicy, którzy mówią zdecydowanie za szybko, ze swoim specyficznym akcentem. Przez pierwsze kilka dni byłam w stanie wyłapać jedynie pojedyncze słowa. Teraz, jak znam kontekst, jestem w stanie coś zrozumieć – rzecz jasna, nie wszystko. Są takie dni, że dużo rozumiem, ale niewiele potrafię powiedzieć; takie, w których nie rozumiem wiele, ale jestem w stanie złożyć zdanie, ale są też takie, że nic nie rozumiem i nie jestem w stanie nic powiedzieć. Jak się okazuje, nie mam tak wiele cierpliwości jak myślałam, że mam, bo chciałabym mówić już teraz, zaraz, natychmiast i rozumieć wszystko. Jedną z sytuacji zapamiętałam szczególnie. Bawiłam się pod domem z dziećmi i dzieci chciały ściągnąć moje okulary (las gafas). Niestety ja w swojej nieświadomości językowej powiedziałam, że ciasteczka (las galletas) są moje i bardzo delikatne, i nie służą do zabawy. I tak kilka razy powtórzyłam, że ciasteczka są moje. Dzieci co prawda nie poprawiły mnie, ale tak dziwnie mi się przyglądały. Zorientowałam się o tej wpadce językowej 2 dni  później 😊. Oczywiście  takich  błędów popełniam mnóstwo! Na początku każdego dnia byłam czymś zaskoczona, jakimiś urodzinami na które wychodzimy, rzeczami do zrobienia w ciągu dnia, bo po prostu nie zrozumiałam, kiedy we wspólnocie o tym rozmawialiśmy. Tak to jest właśnie z moim hiszpańskim. Mam nadzieję, że pisząc do Was kolejny list, będę mogła napisać, że jest znacznie, znacznie lepiej. Miesiąc bez możliwości swobodnego posługiwania się językiem uczy wielkiej pokory i cierpliwości do siebie i do innych. Piękne jest to też doświadczenie wyrozumiałości wspólnoty i osób, które spotykamy każdego dnia. Osób, które podchodzą ze zrozumieniem do moich braków językowych. Na początku, często jak wychodziliśmy na apostolat, nie rozumiałam nic albo bardzo niewiele. Siedziałam po prostu w ciszy, starając się skupić na języku, którego nie rozumiem niemal wcale. Najtrudniejsza jest niemożność porozumiewania się z dziećmi, kiedy o coś pytają albo chcą coś konkretnego, choć do części zabaw umiejętności językowe nie są potrzebne i jest to wielkie błogosławieństwo. Każdego dnia modlę się do Ducha Świętego o umiejętności językowe, abym mogła trochę bardziej być z ludźmi, do których mnie pośle. Zabawne jest też to, że Sabina z Priscillą, które mówią biegle, w chaosie hiszpańskiego, którego uczą się pozostałe 4 osoby ze wspólnoty zastanawiają się, która wersja jest poprawna.

Podzielę się z Wami na koniec jeszcze jednym fantastycznym wydarzeniem. Jednego dnia poszłyśmy z Sabiną do kurii w związku z wizami dla Tima, Sergia i Giovanny. Spotkaliśmy arcybiskupa, który przywitał się z nami „żółwikiem” oraz biskupa pomocniczego, którego Sabina zaprosiła do nas do domu. I tak któregoś piątku rano zawitał do nas biskup, który odprawił u nas mszę i posiedział z nami przy porannej kawie. Przyszedł do prostego domu, aby w naszej kaplicy pomodlić się z nami i trochę bardziej poznać Domy Serca.

Będę już kończyć ten list. Cieszę się, że w ten sposób możecie uczestniczyć w tej misji razem ze mną. Każdego dnia pamiętam o Was osobiście, ale także pamiętamy o Was wspólnotowo. Jesteście w stałym kontakcie przez Maryję z Jezusem. Jesteście obecni w każdej chwili misji, bo bez Waszego wsparcia i Waszej modlitwy nie byłoby mnie tutaj. I nie piszę tego jako pusty frazes, tylko naprawdę razem ze mnę tworzycie tę misję. Trzymam Was wszystkich razem i każdego z osobna w moim sercu i pamiętam szczególnie na każdej modlitwie. Mam nadzieje, że ten list zastanie Was w szczęściu i dobrym zdrowiu, i choć odrobinę pozwoli Wam pobyć w dzielnicy Isla Trinitaria razem ze mną.

Ciekawa jestem, co u Was słychać, więc nie krępujcie się i dajcie znać!

 

Do usłyszenia!
Z Panem Bogiem!
Pozdrowidlo!

Monika