Lipiec 2017, Honduras, Dom Serca im. św. Marii Goretti

„Wierzę mocno, że ocalamy Boga, ocalając człowieka; kochamy Boga, kochając człowieka.”
(o. Thierry de Roucy)

Drodzy Przyjaciele,

Na początku tego listu chciałam wyrazić swoją wdzięczność za Wasze zaangażowanie i Waszą pomoc w mojej misji. Gdyby nie Wy, nie mogłabym tu być. Zapewniam, że pamiętam o Was każdego dnia i polecam w modlitwach. Dziękuję za Wasze wiadomości, pozdrowienia i zapewnienia, że jesteście i pamiętacie, to bardzo miłe. Szczególnie dziękuję za listy, które przyszły tradycyjną drogą pocztową.
Mija już czwarty miesiąc odkąd tu jestem, czwarty miesiąc odkrywania kraju, kultury, tutejszej kuchni, poznawania i zaprzyjaźniania się z ludźmi, ale przede wszystkim to już kolejny miesiąc spędzony w szkole miłości. Tak nazywam mój czas misyjny. Jednym z kluczowych i często powtarzanych zdań w Domach Serca jest stwierdzenie: „Jesteśmy tu po to, aby kochać!”. Każdy dzień w swojej prostocie, daje mi jakąś lekcję miłości. Żyjąc w Domu Serca staram się pielęgnować i celebrować codzienność, każdą prostą i zwyczajną chwilę, bo właśnie w tych momentach mogę odnaleźć odpowiedź na pytanie, które często sobie zadaje –co to znaczy kochać? Kiedyś, ktoś i powiedział, że tak naprawdę możemy kochać tylko „tu i teraz”, nie możemy tego zrobić wczoraj, ani jutro, ani też w innym miejscu. Mamy tylko „teraz” na kochanie i trzeba to wykorzystać.
Domy Serca opierają się na trzech głównych filarach: modlitwie, wspólnocie oraz apostolacie. I to właśnie one są przestrzenią mojej szkoły miłości.
Modlitwa –filar, który spaja wszystko w jedną całość. Najważniejsza część mojej edukacji, zajęcia bez których cała reszta nie miałaby sensu. Podczas codziennej Eucharystii, Adoracji Najświętszego Sakramentu, modlitwie brewiarzowej i różańcowej uczę się od najlepszego Nauczyciela Miłości. Uczę się, co znaczy kochać do końca, kochać ofiarując siebie, bo „nie ma większej miłości od tej gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15, 13). Adoracja i kontemplacja Boga skrytego w Eucharystii przybliża mi miłość, która jest, jak mówił nasz założyciel o. Thierry de Roucy: „byciem ukrytym, byciem rozdawanym, byciem dobrym do jedzenia (…) to miłość, która nie krzyczy, ale używa języka ciszy, intymności(…), jest dawaniem siebie do spożycia przez dar swojego serca, swoich sił”.
Wszystko czego nauczę się w kaplicy mogę od razu sprawdzić i zweryfikować na zajęciach praktycznych, żyjąc we wspólnocie. Aktualnie jesteśmy w czwórkę: Klaudia, moja rodaczka, Estefania z Ekwadoru, Francuzka Solen i ja. Czekamy na naszego barta Aurelio, który za niecałe dwa tygodnie przybędzie do nas z Francji. To właśnie wspólnota jest pierwszym miejscem gdzie mogę poćwiczyć miłość. To we wspólnocie przeżywam swoją codzienność, to co radosne , ale i to co trudne. Doceniam dar życia wspólnotowego i cieszę się, że razem możemy tworzyć Dom, w którym się kocha. Proste, codzienne obowiązki domowe są najlepszą lekcją miłości. Staram się kochać gdy wypada mój dzień gotowania, gdy sprzątam lub idę na zakupy. Uczę się kochać, gdy rozmawiam z dziewczynami i próbuję zrozumieć ich punkt widzenia. Kocham gdy najpierw pomyślę o mojej siostrze wspólnotowej, później o sobie. Kocham gdy po całodziennym trudzie podczas wspólnotowej modlitwy wieczornej mogę wypowiedzieć szczere dziękuję i przepraszam.
Nic nie utrwala zdobytej wiedzy tak jak doświadczenie. I właśnie o doświadczeniu apostolatu misyjnego chciałabym Wam opowiedzieć najwięcej. Często mnie pytacie –no ale co tam robisz, co robiłaś dziś? Z uśmiechem odpowiadam –dziś, jak co dzień, uczyłam się bardziej kochać. Każdy dzień to spotkanie z drugim człowiekiem. To okazja do ofiarowania trochę siebie.
Jedną z naszych sąsiadek jest Yaki, czterdziesto paroletnia kobieta, która choruje na schizofrenię. Mieszka w niewielkim, mocno zniszczonym domku, który ma tylko jedno pomieszczenie wraz ze swoją córką Karen i trzema małymi wnukami (Danny Kenned i Brian). Karen jest osobą z niedosłuchem i dużymi problemami z mową. O ojcu lub ojcach chłopców nigdy nie słyszałam. Nie mają łatwego życia, choroby utrudniają im podjęcie jakiejś pracy, dlatego też często nie mają pieniędzy na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Cała rodzina jest częstym gościem w Domu Serca. Yaki podczas swoich spacerów, które uspakajają jej nerwy, często wstępuje do naszego domu.
Czasem tylko po to żeby nas zobaczyć, czasem by napić się wody. Zawsze gdy pytamy czy jest głodna i częstujemy czymś, prosi o zapakowanie jedzenia, by mogła je zanieść swoim wnukom. Mimo wycofania społecznego spowodowanego chorobą, jest bardzo oddana rodzinie i bardzo dba o dzieci. Dzieciaki prawie każdego dnia przybiegają pod bramę naszego domu chcąc zagrać z nami w piłkę lub inną grę, lub upewnić się, że w piątek mogą przyjść (piątek to jeden z dni, kiedy otwieramy drzwi naszego domu dla dzieci z dzielnicy). Przyjaźń z Nimi uczy mnie miłości prostej i bezinteresownej. Odkrywam, że mogę kochać w rzeczach najprostszych. Jednego dnia Yaki miała ustaloną wizytę w szpitalu, wraz z Estefanią zabrałyśmy ją do lekarza i towarzyszyłyśmy jej w wielogodzinnym oczekiwaniu w kolejce.
W tym samym czasie Klaudia i Solen, pomimo innych obowiązków, zaopiekowały się chłopcami, z którymi nie miał kto zostać, bo Karen, ich mama, nie była obecna w domu i nie wiadomo było kiedy wróci. Innego dnia, gdy Brian kończył dwa latka, zaprosiłyśmy całą rodzinę na obiad i urodzinowe ciastko. Rzeczy proste, ale wierzę, że to gesty miłości, które wiele nie kosztują, a są niezwykle potrzebne.
Jedną z naszych form apostolatu tzw. zewnętrznego, są odwiedziny w więzieniu dla kobiet. Jeździmy tam co dwa tygodnie i spędzamy około dwie godziny. Zdecydowanie za mało. Więzienie to miejsce, gdzie spotykam się z wielką potrzebą miłości. Z wołaniem o zainteresowanie i zauważenie. Nie znam dokładnie historii tych kobiet, nigdy ich nie pytamy dlaczego tu są. Jedyne co wiem, to ile czasu już tu spędziły i ile im jeszcze zostało. Myślę, że tak jest lepiej, nie osądzam ich przez pryzmat ich wcześniejszego życia. Próbuję spojrzeć na nie z miłością nie oceniając. Nie jest to łatwe.
Maria Paola, jedna z więźniarek, na początku wydawała mi się bardzo dziwna, zaczepiała, mówiła dziwne rzeczy, chciałabym jej ofiarowała mój zegarek. Mój pierwszy odruch, to ocena i stwierdzenie, że może lepiej z nią nie rozmawiać, że może być niebezpieczna. Bo przecież to w końcu więzienie. Podczas kolejnej wizyty tak się złożyło, że rozmawiając z innymi kobietami, podeszła Maria Paola i przyłączyła się do nas. Kobiety po pewnym czasie odeszły do swoich obowiązków i zostałam sama z Marią. Zaczęłyśmy rozmawiać, najpierw o rzeczach błahych, o naszych państwach, o różnicach kulturowych. Chwilę później Maria Paola zaczęłam i opowiadać o swoim życiu, o swojej rodzinie, o synku, który ma 8 lat i aktualnie mieszka z dziadkami. Opowiedziała mi o pewnym mężczyźnie, którego bardzo kocha i o wielkim pragnieniu by jej przebaczono. Czuje się bardzo smutna, członkowie jej rodziny nie odwiedzają jej, więc od wielu lat nie widziała nikogo bliskiego. Nie wiem co się wydarzyło, że trafiła do więzienia, wiem tylko, że żałuje i pragnie wolności. Gdy zapytałam, ile jej jeszcze zostało, nie odpowiedziała, zaczęła tylko mocniej płakać. Jest w moim wieku. Spotkanie z Paolą to doświadczenie, które trudno dobrze skomentować, to doświadczenie, w którym brakuje odpowiednich słów. Mam tylko nadzieję, że mój uściski czas z nią spędzony, to odrobina miłości, która koi. Dla mnie samej to lekcja miłości, która jest ważniejsza ponad wszystko. Lekcja miłości, która uczy przebaczać samemu sobie.
Wolontariuszy Domów Serca nazywa się Przyjaciółmi Dzieci. To właśnie spotkania z nimi wypełniają czas apostolatu w znacznej części. Trzy dni w tygodniu, popołudniami, gramy i bawimy się z dziećmi z dzielnicy, które do nas przychodzą. Rozpoczynamy zawsze modlitwą różańcową o 14:30, ale często już o 13:00 słychać wołanie dzieciaków chcących rozpocząć zabawę nieco wcześniej. Czasem trzeba pokonać siebie samego, kiedy podczas dopiero co rozpoczętej siesty, słyszy się nieustające – Agataaa, Gataaa…! Decyzja o wstaniu z łóżka, decyzja o otworzeniu bramy, to niejednokrotnie decyzja o otworzeniu swojego serca. To krok do kochania bardziej. Dzieciaki są niezwykle żywe i aktywne. Chcą się bawić i chyba nie znają pojęcia nudy, zawsze coś wymyślą. Pochodzą z biednych i niepełnych rodzin, często przychodzą brudne i mają podarte ciuchy, ale uśmiech, który rozkwita na ich twarzy gdy zaznają trochę uwagi mówi o wszystkim. To czego najbardziej potrzebują, to nie super zabawki, lepszych ciuchów czy możliwość wszechstronnego rozwoju, największą potrzebą jest odrobina miłości, wyrażona w uwadze, zauważeniu, docenieniu, poświęconym czasie. Mam zawsze wiele wzruszeń gdy widzę Steven’a, chłopca którego zapamiętałam z początku jako tego, który rozrabia podczas różańca, a teraz z zafascynowanymi oczami prosi mnie bym zrobiła mu setne zwierzątko z origami. Nie potrafię u odmówić, i mimo znużenia robię kolejną żabę z papieru. Albo gdy Santiago i Diego pamiętają, że obiecałam im wspólne pieczenie ciasta i przypominają mi o tym codziennie. I gdy później przychodzą i wspólnie możemy odkrywać tajniki kuchni. Z dziećmi uczę się przełamywać swoje wszelkie schematy i ograniczenia. Wraz z Julisa i wszystkimi jej braćmi, kuzynami i sąsiadami, gramy w piłkę w klapkach w okolicy ich domu, czyli na małym wysypisku śmieci, nad rzeką, wśród przechadzających się świń i kur. Jesteśmy brudni, ale szczęśliwi. Gdy idę ulicą zostaje zaatakowana uściskami przez Genesis, Jose i Fernando, dzieciaki, które jak większość tutejszych dzieci, spędzają swoje dzieciństwo na ulicy. Od nich uczę się miłości otwartych ramion i umiejętności przystanięcia przy drugim człowieku choć na chwilę. Spotkania z moimi małymi przyjaciółmi to przede wszystkim lekcja miłości zaangażowanej.
Wiem, że 14 miesięcy nie jest wystarczające w szkole miłości, potrzeba o wiele więcej, pewnie i całego życia, ale cieszę się z bycia tutaj i mojego doświadczenia misyjnego. Staram się wykorzystywać jak najlepiej każdy dzień i Wam tego również z całego serca życzę, bo przecież możemy kochać tylko „tu i teraz”.
Serdecznie pozdrawiam i przesyłam honduraskie uśmiechy!
Agata Michalska