Kochani,

Na wstępie ściskam Was serdecznie, obejmując modlitwą. W niej jestem blisko. Czuję też Waszą bliskość modlitewną i dziękuję Wam za to codzienne spotkanie i wsparcie.

Tym razem chcę Wam opowiedzieć o moich najmłodszych Przyjaciołach. Dzieciaki z naszej ulicy odwiedzają nas codziennie. Niezależnie od pory roku zjawiają się zwykle w tiszertach, spodenkach
i klapkach, bardziej lub mniej zasmarkane, brudne i zawszawione. Najmłodsze mają dwa lata, najstarsze około 12. Nasze spotkanie rozpoczyna różaniec, a po nim jest czas na gry i zabawy. Większość, która nas regularnie odwiedza, to tzw. „dzieci ulicy”, tzn. takie, które moją swój dom i rodzinę, ale całymi dniami są pozostawione same sobie, bo rodzice albo pracują albo są w więzieniu, albo wolą zajmować innymi rzeczami. Tak więc nasze dzieci wychowują się na ulicy. Nie są grzeczne, kulturalne i posłuszne. Zwykle krzyczą, oszukują i ciągną za włosy. I mimo iż w naszym domu panują inne reguły, prawa ulicy wciąż są im bliższe.

Najmłodszy, Facundo, niedawno skończył dwa lata. Jest wizytówką naszej ulicy: niezależnie od pory zawsze można go tu spotkać. Jego mama bez ogródek określana jest mianem najgorszej z matek, a jej dzieci znane są jako jedne z najtrudniejszych. Facundo nie potrafi usiedzieć minuty w miejscu, lubi przeszkadzać innym i witać się, policzkując dzieci. Właśnie zaczyna wypowiadać pierwsze słowa. Uwielbia grać w pin-ponga. Ostatnio widziałam, jak potrącił go samochód. Do dziś nie wiem, czy jego mama się o tym dowiedziała, bo nie byłam w stanie odnaleźć jej w dniu wypadku. Facundo dobrze zna sprzedawców słodyczy, którzy pojawiają się na naszej ulicy. Gdy przejeżdżają swoimi wózkami, tarasuje im drogę, by otrzymać swój przysmak. W razie odmowy potrafi gonić biednego sprzedawcę przez całą ulicę, krzycząc za nim głośno. Może trudno uwierzyć, ale myślę, że nie ma na świecie większej przyjemności niż widok Facundo. Łaską jest przytulić maleństwo tak opuszczone, wybaczyć policzek temu, kto zbiera je codziennie, umyć ręce, które dziesiątki razy upadają na ulicę, spełnić choć jedno życzenie tego, którego nikt nie słucha. Ten maluch jest uwielbiany w naszym domu. W każdym z nas, wolontariuszy, wzbudza falę miłości. Nie znam innego dwulatka z takim dzieciństwem, który jest równocześnie tak radosny, towarzyski, odważny i wszędobylski. Kocham go nadpobudliwie, bo takim jest.

Facundo czeka, aż otworzą się drzwi naszego domu

Dzieci ulicy są ubogie, często zapłakane, spragnione, prześladowane. Nie przypomina Wam to czegoś? Czy tylko ja mam wrażenie, że żyję między błogosławionymi…?

Naprzeciw naszego domu żyje rodzina Sonii. Ma 29 lat, trójkę dzieci i dwóch braci – jeden handluje narkotykami i kradnie, a drugi jest transwestytą. Sonia swoje pierwsze dziecko, Cecila, urodziła mając trzynaście lat, po tym jak jej matka „wynajęła ją na noc” jednemu podstarzałemu mężczyźnie. Drugi z jej synów ma na imię Matiaz, a najmłodszy Gerard. Każdy ma innego ojca, żadnego nie znamy, żaden nie jest obecny w ich życiu. Sonia opiekuje się też dwójką dzieci swojej siostry Miriam, która pewnego dnia, naćpana, porzuciła je w parku. Teraz żyje ze swoją partnerką i chce odzyskać dzieci, ale Sonia nie ma zamiaru oddać Fatimy i Luciano, bo uważa, że sama wychowa je lepiej. Maluchy też walałyby być z Miriam, bo
w domu ciotki żyje im się ciężko – wykonują wiele prac domowych, a ich kuzynostwo dotkliwie daje im odczuć, że są z tej gorszej matki. Wszystkie dzieci, jak i sama Sonia, cierpią na gruźlicę. Sonia próbowała się leczyć, ale ponieważ choroba jest bardzo zaawansowana, silne lekki wywoływały skutki uboczne, których nie potrafiła znieść. Porzuciła terapię. Nie chce też leczyć dzieci, a na nasze propozycje pomocy w tej kwestii reaguje wręcz agresywnie. Fatima i Matiaz bardzo chcą przyjąć chrzest i pierwszą komunię, ale to też za dużo fatygi dla Soni. Widzę tą rodzinę każdego dnia i każdego dnia jest mi żal. Najbardziej dzieci.

Gdy pewnego razu zabraliśmy dzieciaki Soni na wycieczkę…

Kolejnym naszym małym Przyjacielem jest Jose Antonio. Jego mama, Claudia, zmarła w tamtym roku w wyniku poważnego poparzenia. Jej rodzice zostawili ją, gdy była mała. Zajęła się nią Bertha, która teraz zajmuje się też jej synem. Umierając, Claudia nie chciała walczyć o życie dla swojego dziecka, mówiła, że nie ma już siły. Jose Antonio, mimo iż ma dopiero 8 lat, dźwiga bagaż trudnych doświadczeń. Napastowany przez ojca, z wyuczoną od mamy bulimią, mocno wycofany społecznie, ukryty wciąż we własnym świecie, w którym często rozmawia ze swoją zmarłą mamą. Tygodnie minęły, zanim zaczął się do nas odzywać. Z każdym miesiącem przybliża się do naszego świata otoczony miłością Berthy. Ta opieka jednak również opłacona jest cierpieniem. Bertha odbiera wiele telefonów z pogróżkami, jest zastraszana
i nachodzona we własnym domu, czasem przychodzi pobita i płacze. Jest gotowa głodować, by zapewnić Jose wszystko, czego potrzebuje. Rodzina Claudii dosłownie walczy, by przejąć opiekę nad małym tzn. by zgarnąć pieniądze, które się z tym wiążą. Dla Berthy kasa się nie liczy, całym światem jest dla niej ten chłopiec i wiem, że będzie o niego walczyła mimo wszystko i że się nie podda jak jego matka…

Byliśmy jedynymi przyjaciółmi, z którymi Jose Antonio chciał świętować swoje urodziny.

Dwa domy daje żyje Diana. Ma córkę i dwóch synów – Tatu i Francisco. Ich ojciec jest w więzieniu, o czym dzieci ulicy nie pozwalają zapomnieć tej rodzinie, napomykając o tym przy każdej możliwej okazji. Przez ostatnie miesiące, z powodu problemów z właścicielem domu, cała rodzina nie ma dostępu do wody. Dzieci prawie codziennie przychodzą do nas z workiem plastikowych butelek i proszą o wodę.

Po mojej lewej stronie Tatu, a na kolanach Francisco.

Prawie codziennie odwiedza nas też Roksana. Urodziła się zdrowa, ale we wczesnym dzieciństwie była wykorzystywana seksualnie przez narkomanów, których zawsze pełno w naszym barrio. To doświadczenie zniszczyło ją psychicznie. Teraz jest już dorosła, ale prawdopodobnie już zawsze będzie zachowywać się trochę inaczej i uchodzić za lekko szurniętą.

Tak wygląda życie moich małych Przyjaciół.

Nasze dzieci chodzą do marnych szkół i nie idą na studia. Nasze dwunastoletnie dzieci, widząc pole kukurydzy mówią, że to marchewka. Nasze dzieci nie znają języków obcych, gry na instrumentach, nie są kreatywne. Od małego uczą się naśladować swoich rodziców tzn. kraść i oszukiwać. Bardzo chciałabym coś zmienić, obudzić w nich jakąś nadzieję na przyszłość. Chciałabym, by nasze dzieci mogły odkryć, że jest wiele dobrych rzeczy, które mogą robić, by mogły odkryć własne talenty, by mogły przerwać więzienne tradycje swoich rodzin, a przede wszystkim, by mogły zbudować szacunek do samych siebie. Widzę, że z pomocą wolontariuszy i ich licznych talentów jest to możliwe. Charlotte gra na gitarze, Bertille maluje, Andres gra na flecie, Cayetano na trąbce, ja szyję. Opanowanie którejkolwiek z tych umiejętności może być skuteczną alternatywą dla kradzieży, szczególnie w Peru, gdzie zarobić można dosłownie na wszystkim.

W tym szczególnym czasie Adwentu chcę Was zaprosić do jałmużny. Chcę zainspirować Was postawą św. Mikołaja biskupa, który podrzucał złoto na posag biednym dziewczynom, by nie musiały sprzedawać się na ulicy. Nie przychodził do grzecznych dzieci, służył biednym, troszczył się o ich przyszłość, łożył na godność, wypełniał obowiązki ojca. Nie będąc spokrewnionym, stał się rodziną dla biednych. Dziś ja chcę zaprosić Was do wejścia w rodzinę „dzieci ulicy”, do zatroszczenia się o ich przyszłość i godne życie. Nie mogę zapewnić Was o efektach, mogę tylko powiedzieć, że uczynię wszystko, by pieniądze, którymi się podzielicie, stały się okazją do nauki, odkrycia własnej wartości, początkiem drogi szacunku do siebie
i innych.

Kiedy moja siostra powiedziała mi, że wybiera się do Peru, by poznać moją misję, od razu pomyślałam, że to świetna okazja na zorganizowanie w Polsce zbiórki dla dzieciaków. Początkowo chciałam Wam napisać, że nie potrzebujemy wiele środków – chcemy kupić kilka prostych instrumentów do nauki, materiały plastyczne, może maszynę do szycia, pomalować salę zabaw. Potem pomyślałam jednak, że jałmużna nie pochodzi z tego, co zbywa. Jałmużna kosztuje, jest wyrzeczeniem. I do tego chcę Was zaprosić. Kto szacuje, że może wyłożyć 20 zł., bo mu zbywa, to niech dołoży drugie 20, by to była jałmużna, a nie dobroczynność. Nie chcę charytatywnej akcji, chcę zaprosić Was do rodziny, która cierpi i chcę, by ta jałmużna też was zabolała, żeby to było doświadczenie ofiary. Chcę, byście zapytali siebie bardzo poważnie „dlaczego ja?”. Chcę, by przeszyło Was to pytanie, jakie przeszywa życie dzieci ulicy. Chcę, byście najpierw zbuntowali się przeciw tej prośbie, jak ja buntuję się, kiedy na moich oczach dwuletni Facundo policzkowany jest przez swoich starszych kolegów. Chcę, byście zastanowili się głęboko, jakim prawem?! Pieniędzmi nie zaradzimy przemocy, ale możemy nauczyć, jak zdobywać je uczciwie, a to już solidny fundament szacunku. Właśnie to chcę odkryć prze moimi dziećmi.

Pewna jestem, że moja prośba podyktowana jest wiarą, nadzieją i miłością, dlatego też wiem, że się nie zawiodę.

Na koniec chcę Wam życzyć doświadczenia biedy, odkrycia stajni własnego serca, by Chrystus mógł się tam prawdziwie narodzić jako Zbawiciel.

 

Magdalena

 

Bank Zachodni WBK S.A.

Numer konta: 54150016341216300092310000

tytuł przelewu: DZIECI ULICY