Wtedy Jezus spojrzał na niego z miłością, Mk 10,21

Witajcie moi Mili!

Jak zawsze cieszę się, że mogę Wam opowiedzieć trochę o misji i zabrać Was w podróż do Guayaquil. Możecie zaparzyć kubek gorącej herbaty i udać się na misję na Isla Trinitaria, ja będę popijać zimną wodę, bo jest tu naprawdę, naprawdę gorąco. Z każdej strony można usłyszeć muzykę i sprzedawców, którzy tutaj handlują wszystkim, przemierzając ulice naszej dzielnicy: począwszy od warzyw i owoców, poprzez ryby, krewetki, gotowe dania, lody, aż do środków chemicznych i mioteł. Hałas towarzyszy temu listowi.

Dziś chciałabym Wam trochę przybliżyć postacie naszych sąsiadów, przyjaciół, którzy żyją bardzo blisko, po sąsiedzku. Musicie na początku wiedzieć, że tutaj domy są bardzo otwarte – także w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jest tak gorąco, że zwykle drzwi i okna są otwarte na oścież. Niektóre domy mają dodatkowe drzwi, którymi jest metalowa krata, tak że wciąż można zobaczyć wnętrze. I zawsze w tym domu albo przed nim jest ktoś, kto go pilnuje, bo kradzieże niestety są tu bardzo powszechne – nawet w biały dzień.

W naszej dzielnicy, jak już pisałam we wcześniejszych listach, jest bardzo dużo dzieci. Zwykle bawią się na ulicy, często pod naszymi drzwiami. Wiele z tych dzieci nigdy nie było poza Islą, często są pozostawione same sobie i tutaj widzę za każdym razem tak wielką potrzebę miłości, którą one chcą otrzymać i tak wielką szkołę dla mnie, aby nauczyć się tę miłość bezinteresownie dawać. Kilka dni temu, gdy jedliśmy kolację z rodziną naszych bliźniaczek, które wylatują na misje (gdy będziecie czytać ten list, one już będą w swoich krajach, jedna z nich w Brazylii, a druga w Hondurasie), przyszli Ronald, Victor i Alexis zapytać, kto jutro gotuje i czy mogę podzielić się z nimi moją kolacją. I podzieliłam się ryżem, jajkiem i pastą z czerwonej fasoli. Tak proste rzeczy, a ile chłopcy mieli radości z tak prostego jedzenia i to nie dlatego, że zjedli, ale dlatego, że ktoś chciał się z nimi podzielić i spędzić odrobinę czasu z nimi, zadając bardzo podstawowe pytania o to, jak im minął dzień. Takie sytuacje czynią tę misję tak piękną! A pytanie „kto jutro gotuje” towarzyszy nam każdego dnia, bo tutaj dzieci ustawiają się w kolejce, aby z nami gotować. Zwykle robią wielki bałagan, ale mają z tego wiele radości. I nie chodzi o to, że gotowanie z nami to taka wielka przygoda, ale o to, że są z kimś, kto się nimi zainteresuje, porozmawia, bo rodzice zwykle są zajęci swoimi sprawami, pracują albo po prostu ich nie ma, bo opuścili swoje rodziny, bo są w więzieniu, bo zostali zabici…

Każda rodzina ma swoją historię, bardzo często niezwykle bolesną. I mnie często jest trudno ich słuchać, ale mam świadomość tego, że to naszym przyjaciołom bardzo pomaga, aby przeżyć żałobę, aby powspominać tych, których stracili, bo jest to dla nich ważne, a często w rodzinach jest to temat, o którym się nie rozmawia.

O każdym z dzieci i o każdej rodzinie mogłabym napisać osobny list, ale tym razem chcę Wam przedstawić dzieci i rodziny ogólnie. Rodziny tutaj zwykle są bardzo duże. Sześcioro, ośmioro, dziesięcioro dzieci nikogo nie dziwi. Ciąża w wieku 15-16 lat też nikogo nie dziwi. Zwykle starsze dzieci wychowują te młodsze, zajmują się nimi. Bardzo często na ulicy widzimy Dylana (lat 4), Darley (lat 5), Emerly i Aitana (lat 2) i wiele innych dzieci mniej więcej w tym wieku, które przemierzają ulice naszej dzielnicy same, bez niczyjej opieki. Dylan często przychodzi pod nasze drzwi, krzycząc „gringos”. Darley, która nigdy wcześniej nie słyszała słowa „proszę”, więc na początku wymawiała je z naszym akcentem, co było o tyle śmieszne, że nie rozumiała tego słowa, po prostu używała go za każdym razem, niezależnie od sytuacji. Victor, który nieraz płacze tak głośno, że serce wyrywa się ku niemu. Dzieci przeżywają tu swoje różne momenty, nieraz mają do nas bardzo ciepłe uczucia, a nieraz potrafią być bardzo nieprzyjemne, bo coś poszło nie po ich myśli. Zaświta im w głowie jakaś myśl i muszą ją zrealizować tu i teraz, a jeśli w tym momencie nie mamy czasu, bo idziemy na mszę, bo spędzamy czas z innymi dziećmi, czują się niezrozumiane i tę frustrację wyładowują na tym, kto jest najbliżej. Ileż to razy ja jestem jak te dzieci! Jak to dobrze, że Bóg ma nieskończone pokłady cierpliwości!

Teraz, w czasie gdy jest pandemia, sytuacja wydaje się jeszcze cięższa. Dzieci nie chodzą do szkoły, czasem przychodzą, żeby odrabiać zadania, wiele z nich nie ma dostępu do Internetu, więc nie uczestniczą w lekcjach. Są dzieci, które w wieku 10-12 lat nie potrafią czytać i pisać i nawet dla osoby, która się nie zna na logopedii jest jasne, że mają dysleksję, dysgrafię. Pomagamy jak możemy, z cierpliwością tłumacząc różne rzeczy, ale czasem jest tak jasne, że te dzieci nie potrzebują nic innego jak tylko pobyć z nami. W miejscu, gdzie mają świadomość, że nikt ich nie skrzywdzi, że nikt ich nie będzie wytykał palcami, gdzie będą akceptowane, kochane, doświadczą zainteresowania. Gdzie mogą poczuć się jak dzieci, wolne od wszelkich trosk. I zwykle te małe rzeczy tworzą naszą misję. To wielka łaska, że Bóg daje nam te małe podarunki, bo czasem bardzo ciężko jest patrzeć na cierpienie i nie móc z nim nic zrobić, a te małe znaki uważności i nadziei dają radość z bycia tutaj. Dla mnie często jest trudno czekać na jakiś owoc, chcę, żeby rzeczy działy się szybciej, natychmiast, od razu, więc wielkim darem jest też to, że tutaj mogę się zatrzymać, na adoracji pobyć w ciszy, zrozumieć, że Bóg ma nieskoczenie wiele czasu, że jest poza czasem i że działa cuda w odpowiednim momencie. I też bardzo ważne jest dla mnie, aby pokazać tym dzieciom, że mimo wszystkiego, czego doświadczają, Bóg je kocha, że zawsze są tą JEDNĄ OSOBĄ, która kocha bez względu na wszystko. Że nawet jeśli oni sami źle o sobie myślą, to Bóg nigdy w ten sposób nie myśli, nawet jeśli oni siebie nie akceptują, to Bóg akceptuje. Lubię myśleć, że to dobro i miłość, których doświadczają u nas w domu, dadzą kiedyś piękne owoce, że z tych małych ziarenek dobra wyrosną piękni i cudowni ludzie. Bo ważne są małe rzeczy!

Są też oczywiście rodziny bardzo piękne. Na przykład nasza sąsiadka Raquel wychowuje sama 6 dzieci. Dwoje z nich są już dorosłe i mają swoje dzieci, ale jej córka ze swoją córeczką wciąż mieszkają razem z Raquel. Dom mają bardzo skromny. Sypialnia dla 7 osób łączy się z salonem i kuchnią, łazienka oddzielona jest ścianą. Myślę, że nie więcej niż 20 metrów kwadratowych, może nawet mniej. Ale ile miłości jest w tej rodzinie. Domenica ma 10 lat, dla pozostałej młodszej trójki jest jak mama. Elena ma lat 8, wszędzie jej pełno, zawsze chętna do pomocy i do zabawy. Dziewczyny są uśmiechnięte przez cały czas, zawsze z daleka krzyczą, żeby nas pozdrowić. Z młodszej dwójki jest jeszcze Jejco i Jeremy. Jeremy jest takim dzielnicowym słodziakiem, ma trochę ponad rok i zawsze gdzieś ucieka z wielkim uśmiechem. A ile miłości mają dla niego jego siostry. I to wszystko jest zasługą ich mamy, która ma dla nich tak wiele miłości i jest tak skupiona na swoich dzieciach. Teraz rozpoczęła pracę, co oznacza, że nie ma jej w zasadzie całymi dniami, sprzedaje krewetki i ryby. I mówiąc całymi dniami, mam na myśli całymi dniami, bo niestety tak tu wygląda praca. Rozpoczyna się o 5-6 rano i kończy się o 7-8 wieczorem. Dla mnie jest przykładem mamy, która kocha tak mocno, że sensem jej życia są dzieci i troska o nie. Ma właśnie to spojrzenie pełne miłości. Ona patrzy i widzi swoje dzieci i wie, jak ważne jest, aby czuć się kochanym. Bo choć ma się niewiele, to miłość ma wielką moc!

Którejś soboty w centrum poznaliśmy seniorę Polę, która jest tutaj z trójką swoich wnuków, rodzice dzieci są w Peru, wszyscy uciekli z Wenezueli. Okazało się, że mieszka ona na Isli, całkiem blisko nas. W kolejną sobotę zaprasza nas, abyśmy przyszli świętować 6 urodziny najstarszego wnuka. I tak w któryś czwartek upiekliśmy tort i poszliśmy szukać rodziny. Znaleźliśmy z Priscillą ich dom pięknie przyozdobiony balonami, stół ze słodkościami i dzieci, które świętowały ten dzień z Dylanem. Chcę Wam pokazać, jak wielkie serca mają nasi sąsiedzi, mimo że sami nie mają wiele, bo większość żyje w bardzo dużej biedzie. Przygotowali dla Dylana urodziny jak dla swojego brata, dziecka, wnuka. Nie powinno nas to zaskoczyć, bo tutaj na każdym kroku doświadczamy takiego dobra, ale jak zawsze zaskoczyło nas dobro i serdeczność tych ludzi. I takich zaskoczeń na misji przeżywam wiele. Jak to dobrze, że są ludzie, w których laska Boża działa cuda!

Wielu z naszych sąsiadów to ewangelicy, czasem jemy wspólnie, zawsze mają dla nas uśmiech. Naprzeciwko mieszkają państwo, którzy mieszkają ze swoją wnuczką. Mają bardzo trudną sytuację, ponieważ przed domem na chodniku w zrobionym szałasie mieszka ich syn uzależniony od narkotyków. Jak wielkie cierpienie dla tych rodziców widzieć, jak ich syn traci życie i nie móc nic z tym zrobić. Niestety, w naszej dzielnicy problem narkotyków, alkoholu i uzależnienia jest bardzo powszechny, w zasadzie na każdym kroku można kupić wszystko.

Oprócz rodzin, które są bardzo trudne i w których życie dzieci nie jest łatwe, są też rodziny naprawdę piękne i pełne, nie jest to zbyt częsty widok niestety w naszej dzielnicy, ale są.

Prawie na koniec tego listu chciałabym Wam również szybko opowiedzieć o pierwszym prawdziwym karnawale w moim życiu! Tuż przez Środą Popielcową w weekend rozpoczyna się karnawał, który trwa 4 dni, od soboty do wtorku. Towarzyszy temu czasowi mnóstwo bardzo głośnej muzyki, balony z woda, farby w sprayu, farby w proszku, woreczki wypełnione mieszanką wody, mąki, jajek i kolorowych barwników, a także rozkładane baseny. Dzieci i dorośli bawią się na ulicy, kto nie chce zostać zmoczony i wysmarowany kolorową breją, lepiej, żeby został w domu. Często jak się kończą wszelkiego rodzaju pociski, dzieci używają brudnej wody z kałuż. Na zdjęciach możecie zobaczyć, jak wyglądaliśmy w każdy dzień karnawału (te zdjęcia, na których ciężko poznać twarze:). I tak rozpoczęliśmy karnawał w sobotę na naszym patio wraz z grupą młodzieżową, aby później wyjść przed dom i bawić się z dziećmi. I także we wtorek poszliśmy z Priscillą z tortem, aby uczcić urodziny Matea, oczywiście zaopatrzone w mnóstwo barwników. Ile radości miałyśmy, nie wspominając o dzieciach, które mogły potraktować nas wodą, sprayem, kolorowymi pociskami z wodą. Ile było śmiechu i radości! My dwie kontra czterdzieścioro dzieci. W takich momentach nasze dzieci mogą odpuścić, nie muszą być tak bardzo odpowiedzialne, mogą być po prostu dziećmi! Na misji mam czas, aby się zatrzymać, aby być wdzięczna, mimo że czas leci tu tak szybko jak wszędzie.

Często mam wrażenie, że nasi przyjaciele wiedzą, że w odwiedziny nigdy nie przychodzimy sami, że zawsze towarzyszy nam Ktoś jeszcze, że to Ta Obecność jest naprawdę obecnością, która napełnia serce, która daje radość. Zawsze mnie mocno dotyka, kiedy nasi przyjaciele mówią, że modlili się o naszą wizytę i oto jesteśmy.

Jesteśmy teraz w pięknym czasie Wielkiego Postu, więc życzę Wam wszystkim, aby te 40 dni na pustyni były czasem odkrywania, uważnego patrzenia na swoją rodzinę, swoich przyjaciół i wszystkich ludzi, których spotykamy. Abyśmy jak Jezus patrzyli z miłością, abyśmy umieli dostrzegać innych ludzi.

Kończąc ten list, chcę się z Wami podzielić fragmentem książki Romano Guardiniego:

„Chcemy mieć wszystko naraz, bo nie wiemy, czy dożyjemy jeszcze jutra. Ty jednak przeprowadzasz swoją wolę poprzez rzeczy przemijające i tysiąc lat jest dla Ciebie jak jeden dzień… Jesteśmy głupi i nie znamy praw rzeczy, chcemy urzeczywistniać to, na co nie przyszła jego godzina, wymusił to, co należy do czego innego. Ale Ty przenikasz wszystko. Ty masz w sobie wszelką możliwość, a jednak jesteś prosty i jeden. Jesteś mądry i masz radość w tym, że wszystko odbywa się w porządku. My jesteśmy grzesznikami, pełnymi sprzeciwu i nieposłuszeństwa, nie mamy cierpliwości dla drugiego, ponieważ nienawidzimy w nim naszego własnego zła, z którym nie możemy się uporać. Ty jesteś święty i czysty, Ty możesz widzieć zło i chcieć dobra. Możesz czekać i odkładać termin. Ty możesz wprowadzić kiełek z zagrażającej mu zgnilizny i dać mu w darze wzrost. Ty masz pokój nieskończonego spełnienia. Miej cierpliwość wobec nas. Twojej cierpliwości chcemy się trzymać wbrew sobie samym. Jest ona mocniejsza niż nasze zagmatwanie i grzech.”

Pamiętam w modlitwie!
Do usłyszenia!
Z Panem Bogiem!
Monika